Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 stycznia 2013

Shabu Shabu Hotpot. Tylko mięsa żal... [28/50]


Na "Shabu Shabu Hotpot" natknęłam się zupełnym przypadkiem. Przeglądałam od niechcenia kolejną kompilację "modnych" knajp, gdzieś na gazecie.pl, szukając miejsca na uczczenie z Lubym rocznicy. Czy jest coś lepszego, niż miejsce gdzie własnoręcznie można zrobić i spałaszować gorącą zupkę w wilgotny październikowy wieczór? Nie zmywając naczyń! Restauracja na Mokotowskiej wydała mi się idealna, tym bardziej, że zawsze szukamy miejsc, które będą nam przypominały Japonię. 

Stąd zdjęcie na początku - wspomnienie, które starałam się ożywić.  Shabu shabu łączone z sukiyaki, do tego w promocji "jesz, ile możesz w półtorej godziny", 1500 jenów na głowę. Czyli jakieś 60 złotych. 

Na honorowym miejscu pół garnka wywaru do sukiyaki (mirin, sos sojowy i cukier), druga połowa pełna dashi do shabu shabu. Kelnerzy zbierają zamówienia na mięso, które jest wliczone w cenę. Wybraliśmy schab, boczek, wołowinę - w półprzezroczystych plasterkach, jak firanki, do tego jeszcze mielone, pięknie podane w bambusowych rynienkach. Z dokładkami, oczywiście. Warzywa, makarony, tofu, ryż i bezalkoholowe napoje były dostępne przy szwedzkim stole nieopodal. Całości dopełniały dipy: sezamowy, ponzu i obowiązkowe do sukiyaki surowe jajko. 

Kiedy już zebraliśmy wszystko na stole pozostało tylko pałaszowanie. :) Nic nie jest lepsze od pięknego kawałka wołowiny, lekko tylko ściętego po pokonaniu dwóch długości garnka, umoczonego w jedwabistym i aromatycznym sezamowym sosie... 

Wysoko zawieszona poprzeczka, wiem. 

No to do sedna. Tak wyglądają stoliki:


Jak widać, to nie do końca to samo, co pierwowzór, ale nie bądźmy wredni, najważniejsze jest - garnek na bulion. Według menu są trzy rodzaje wywarów do wyboru: wegetariański-grzybowy (typ Lubego), tajski-pikantny i wietnamski-ananasowy (mój). Zdziwił mnie brak dashi, no ale najwidoczniej nazwa lokalu ma być tylko luźną sugestią... 

Zasady zamawiania są proste: po selekcji bazy, wybieramy treść naszego obiadu. Do wyboru warzywa, grzyby, ryby, drób, wieprzowina, makarony. Do tego są jeszcze pierożki , ukryte na boku karty, pod egzotycznymi nazwami. Każda z pozycji w skromnych cenach, ledwie po kilka złotych. Żyć nie umierać. 



Moje zamówienie: bok choy, kurczak, boczek, marchewka, shiitake, makaron.

Talerz Lubego: kurczak, szpinak, kiełki soi, tofu, makaron.

Tadam! Gotowe zamowienie. Nie obyło się bez zgrzytów; nie wszystkie składniki dostaliśmy według zamówienia, kelnerka pomyliła składniki, ilości, osoby. Niby z uśmiechem doniosła co trzeba, ale przyznam, że im dłużej siedzieliśmy przy stole, tym wyraźniej widać było faktyczny poziom obsługi. Na początku wydawało się, że jest lepiej, niż okazało się być na końcu. Jeśli ma się choć minimalne pojęcie, co i jak zrobić, obsługa ulatnia się magicznie, lub zajęta swoimi sprawami nie dostrzega prób nawiązania kontaktu. Przy jakichkolwiek wątpliwościach pierwszą reakcją jest "klient się myli". Duży minus, za pomieszanie składników na dwóch talerzach, tym bardziej, że ruch był raczej nieduży i nie można tego tłumaczyć nawałem pracy.

Wracając do istoty wpisu. Już na pierwszy rzut oka widać rożnicę w najważniejszym ze składników. Nie spodziewałam się tak grubych i wielkich kawałów mięsa. Niskiej jakości, tak, przyzwyczaiłam się do tego. Niestety. Jednak, kiedy weźmiemy pod uwagę samą ideę shabu shabu, to że mięso po dwóch, trzech zamieszaniach w bulionie powinno być gotowe do zjedzenia, to widać, że komuś się mocno nie chciało. Nie widzę innego wytłumaczenia. Jak robisz knajpę z czymś, co nazywa się spaghetti, to nie podajesz penne. Jak robisz knajpę shabu shabu, to daj ludziom to, co reklamujesz, a nie "wariację na temat", całkowicie różniącą się od pierwowzoru.  Albo nazwij lokal inaczej.


Co do smaku - nie jest źle. Wietnamski słodkawo-kwaskowy wywar był poprawny, wegetariański zdecydowanie za słony; gotowały się tak samo długo i w tej samej temperaturze. Marchewki pokrojone zdecydowanie zbyt grubo i nierówno (do tego niektóre kawałki ucięte za blisko natki), gotowały się bardzo długo. Na prawdę bardzo długo. Shiitake to dla mnie zawsze zagadka, bo wszyscy używają suszonych. Aż się nie chce wierzyć, że w tak dużym mieście jak Warszawa nie da się ich dostać świeżych. No, przynajmniej ja ich nigdzie takich nie widziałam. Bok choy mogła być podzielona na łodygi i liście, bo tak zdecydowanie łatwiej ją przyrządzić (to akurat bardziej moja preferencja, niż poważny zarzut). Szpinak był jednak trochę za twardy, makaron w porządku, chociaż wolałabym domowy udon, kiełki bardzo ładne. Bardzo pozytywnie zapisał się w mojej pamięci tamaryndowy dip, przepyszny. Szkoda, że nie dostaliśmy miseczki ryżu "w zestawie". To drobna rzecz, ale ważna przy daniach tego typu. 

No i zupka, na którą czekałam, gotowa! 

Co ciekawe, najbardziej pozytywnie w mojej pamięci zapisały się... pierożki. Zamówiliśmy z lubym po zestawiku trzech maciupkich drożdżowych i z cienkiego ciasta ryżowego, o ile mnie pamięć nie myli. Cienkie są mniej niż przeciętne, ale te bułeczki na parze! Porcja na jeden-dwa kęsy,a le ile smaku! W środku chyba garam masala, fantastycznie współgrająca ze słodkawym mięsem, wspaniałe! Świetne na deser, jeśli nie przepada się za słodyczami.


Podsumowując: poszłam na shabu shabu, dostalam hot pot. Niezły, ale jednak mnie rozczarował. Można było zrobić to dużo lepiej.



ul. Mokotowska 27, 00-560 Warszawa
Wizyta: 06.10.2012
Koszt: 50zł na dwie osoby. Równiutko. [Ale nie zamówiliśmy nic do picia.]
Ocena: 28/50
    1. wygląd: zewnętrzny 4/6, czystość 4/6 [smugi na kontuarze i stolikach, opakowania z naczyniami z Ikei na widoku], wystrój 3/6 [dość pusto i nudno]
    2. obsługę: menu 3/6 [świetny pomysł, bardzo słabe wykonanie], profesjonalizm 3/6 [gdyby nie wtopa z zawartością talerzyków, byłoby więcej],
    3. jedzenie: prezentację 3/6, smak 7/12, adekwatność nazwy 1/2 

    poniedziałek, 11 czerwca 2012

    Post Office Cafe. Śniadaniowo [29/50]

    Dawno, dawno temu...



    Poznaniacy zajmowali się bałwochwalczym witaniem jakiegoś pucharka, a ja wybrałam się na późne śniadanie. ;) Jak możecie się domyślić nie przepadam za piłką nożną. No, gwoli ścisłości lubię jako aktywność i sport na szczeblu lokalnym, ale niekoniecznie jako masową imprezę. Ale to temat do pogawędki na kiedy indziej.

    W tamtą sobotę zachęcona dodatkowo ułanami jak malowanymi przed średniowiecznymi kamieniczkami,  zaciągnęłam Lubego na lunch do Post Office Cafe. Wszystkie siedzenia pod arkadami były niestety zajęte, więc usiedliśmy w środku. Świetna decyzja zważywszy na upał - grube mury zapewniają przyjemny chłodek, ale nie zimno. Duży plus.

    Wybieranie miejsca miało atmosferę czeskiego filmu. Zwiedziliśmy piwnicę i obie sale na parterze, śledzeni niedyskretnie przez kelnerkę niemowę. W domu, ze strony internetowej POC dowiedziałam się że dół jest dla palących, więc tym bardziej cieszę się, że znalazł się w końcu niezły stolik przy oknie. 

    Zamówiłam gyozymisoshiru set, i do tego piwo. W karcie są dwa rozmiary, więc lekko mnie zaskoczyło, kiedy bez mrugnięcia kelnerka zniknęła, po czym wróciła z największym. Oj niedoczekanie! Poprosiłam o mniejszy kufel, szybko go dostałam, ale trzeba było pilnować obsługi aż do końca - na rachunku znów pojawiło się duże piwo. Żółta kartka. Lekki niesmak pozostał. 

    Czeski film trwał dalej. Z głośników płynęły smutne przeboje jakiegoś komercyjnego radia, stolik opodal zasiedlili Anglicy i wypełnili pomieszczenie wesołą rozmową na temat zamówionego english breakfast. Frappuccino Lubego było bardziej jak frappe - jestem przyzwyczajona do Starbucksowego orginału o konsystencji granity. 

    Kilka minut po przyniesieniu napojów odwiedziła nas ponownie kelnerka - z pustymi rękoma i oświadczeniem, że miso się skończyło, bo kucharze zapomnieli zamówić.  Żółta kartka. Szybka zamiana na sałatkę lyońską załatwiła jednak sprawę i w całkiem przepisowym czasie cieszyłam się dziełkiem widocznym poniżej. 



    Luby zaordynował sobie śniadanie wegetariańskie.

    Było świetnie. Nie komentuję talerza Lubego, bo mu smakowało, więc nic mi do tego. Ale skubnęłam trochę i niby fajnie, ale jałowo... Moja sałatka bardzo hojnie obsypana podsmażonym boczkiem, z perfekcyjnie ugotowanym jajkiem w koszulce miała tylko dwa mankamenty. Po pierwsze - brak grzanek, notuję tylko pro forma, bo za nimi raczej nie przepadam, a pieczywo jak widać było. Ubolewam jedynie nad tym, że upieczono mrożony gotowiec, a nie zrobiono własnoręcznie bułeczki. Roboty na kwadrans, a radości i smaku o ile więcej! Po drugie - dressing nie był musztardowy. Octowy zdecydowanie! Gdyby tylko dopracować proporcje: zmniejszyć ilość kwasu, dolać oliwy i musztardy, byłoby absolutnie genialnie. Taka sałatka jest idealna na lunch, razem z dwiema bułeczkami zdrowo i smacznie wypełnia żołądek.


    Po zielonym mieliśmy niezłą chwilę na kontemplowanie talerzy przy akompaniamencie głośnych rozmów personelu. Dość żenująca treść. Nie chciałam tego słyszeć.

    Wreszcie pojawiły się gyozy

    Zamówiłam wcześniej orientalne śniadanie nie bez kozery. POC jest chyba jedynym miejscem w Poznaniu, które "przytuliło" domową wersję kuchni Japonii. Wcześniej jadłam tam okonomiyaki, fachowo utopione w sosie i majonezie. Wobec pierogów żywiłam wielkie nadzieje.

    Dostałam to:





     Dość powiedzieć, zawiodłam się sromotnie. Oto dlaczego, w punktach trzech:
    1. Farsz. Mięso, mięso, mięso. Coś tam jeszcze było, jak widać, ale wierzcie mi, nie było tego czuć. Ani imbiru, ani czosnku, ani kapusty. samo mięso też bezsmakowe, nie mam pojęcia jak to osiągnięto. Mrożenie? Jak widać nadzienie nie zespoliło się z ciastem, było go za mało i za suche, nie miało szansy osiągnąć tak pożądanej w gyozach soczystości. No jak tak można? :<
    2. Ciasto. Grube. Twarde. Tłuste. Ble.I brak falbanki, a przez to kształt nie ten. I spód nie był chrupiący.
    3. Dip.Na zdjęciu widać gruby film żółtego oleju. Zazwyczaj to mieszanina sosu sojowego, oleju chilli i octu ryżowego. W smaku czuć bylo sam olej, bynajmniej nie ostry. Jeśli był z chilli to świetnie się maskował. Może ninja?   

    Na dodatek rozłożenie pierogów z dala od siebie spowodowało, że bardzo szybko straciły ciepło. Zazwyczaj są posklejane w rządkach lub okręgach, zdjęte prosto z patelni podawane do stołu. 
    Za gyozy czerwona kartka.


    Post Office Cafe może być niezłym miejscem na lunch czy lekką kolację. Nie polecam japońskich dań, dopóki kucharz nie nauczy się ich robić. Mimo wszystko jest nadzieja.


    Post Office Cafe
    ul. Stary Rynek 25/29, 61-772 Poznań
    Wizyta:  28.04.2012
    Koszt: ok. 50zł dwie osoby Sałatki po kilkanaście złotych. Uwaga na promocje - obsługa o nich milczy, a warto zapytać.
    Ocena: 29/50 Gdyby nie gyozy byłoby 33/50...
    • wygląd: zewnętrzny 6/6, czystość 3/6, wystrój 2/6 [Przydałoby się odświeżyć to i owo. Tęskno gwoździom w ścianach do zdjęć z Japonii na dodatek.]
    • obsługa: menu 4/6, profesjonalizm 2/6 [Nawet wczorajszy makijaż nie przeszkadza mi aż tak, jak źle nabity rachunek]
    • jedzenie: prezentacja 4/6, smak 6/12[sałatka 10, pierogi 2], *[2/2]

    piątek, 8 czerwca 2012

    Sakana. Cukierkowo [25/50]

    O Sakanie słyszałam sporo dobrego.

    Pochlebne opinie na jednym z serwisów kulinarnych skłoniły mnie do odwiedzin pewnej słonecznej soboty. Miałam dziką ochotę na sushi. Nie na cokolwiek japońskiego, ale właśnie na rybę z ryżem, bo dopiero co zobaczyłam Jiro śni o sushi, a wierzcie mi, oglądanie tego filmu z pustym żołądkiem jest gorsze niż najbardziej wymyślna chińska tortura. Luby ochoczo mi przytaknął i tak tuż po seansie powędrowaliśmy na niedaleki Stary Rynek.

    Zaraz po wejściu lekko ochłonęłam - brak wesołego irasshaimase, czy choćby swojskiego dzień dobry, ale to pewnie przez to, że obsługi mało a gości niespodziewanie dużo. Zajęliśmy miejsca przy kontuarze i zagłębiłam się w lekturę menu. Karta jest wyjątkowo lakoniczna, co uważam za plus. Jednak enigmatycznie podano ceny talerzyków, a nie konkretnych rodzajów sushi, co przy kaitenzushi - pływających lub jeżdżących po taśmie talerzykach może być niezłe. Szkopuł w tym, że większość łódeczek do przewożenia cennego ładunku była... pusta. Na dodatek trudno zamówić coś bezpośrednio u kucharza. Jeśli już znajdzie czas, żeby podejść to całkiem uczynnie poda jakie ryby są w ofercie, ale nie zająknie się słowem, ile kosztują. Japońska ruletka. Nie zawsze też orientuje się co przyrządza - przy pytaniu o nigiri z jajkiem dowiedziałam się, że go nie ma. Za to było z tamago!

    Nie było jednak aż tak źle. Jeszcze. Uprzejme kelnerki (niezły wyczyn jak na Poznań) uważnie i z wyczuciem monitorowały potrzeby wszystkich klientów. Nic, poza głosami innych gości nie przeszkadzało w rozmowie. Bajecznie! Prosty, nienatarczywy i absolutnie nieoryginalny wystrój sali pozwolił mi skupić się na parze "sushi masterów" uwięzionych za ladą. Do nakarmienia mieli na oko siedemnaście osób. Trochę zraził mnie lekki nieporządek na wewnętrznym blacie, tym bardziej, że nie wszystkie przyrządy były używane i sprawiały wrażenie niechlujnie odłożonych byle gdzie. Całkowicie zadziwił mnie ryż w metalowej misce, ale o tym później.

    Niezłe jak na poznańskie suszarnie są kawałki ryby w nigiri. Gdyby nie ryż mogło być na prawdę nieźle. Ryby których kosztowałam: łosoś, tuńczyk, maślana, halibut broniły się świeżością. Wygląd nigiri zawsze był bez zarzutu, jednak kucharz wpadł na szczegółach.

    Z przykrością stwierdzam, że Sakana może poszczycić się najgorzej przygotowanym ryżem jaki do tej pory jadłam. Trzymanie go w metalowej misce sprawiło między innymi, że był po prostu twardy. Do tego bezlitosne maltretowanie w dłoniach, żeby wyszła równa kulka jeszcze bardziej pogorszyło jego konsystencję. Żeby chociaż był dobrze doprawiony! Nie wiem, czy nikt go nie próbował, ale odniosłam bardzo silne wrażenie, że ktoś upuścił do niego cukiernicę. W każdym kawałku nigiri kucharz poskąpił wasabi do tego stopnia, że nie można było go wyczuć wcale. Halibut z niewiadomego mi powodu został podany z plasterkiem limonki pomiędzy kawałkami, w rezultacie sushi smakowało bardziej cytrusem niż rybą. Może to kwestia dopasowania do tego cukrowego ryżu? Gdyby dodać jeszcze miętę i kapkę rumu mielibyśmy nigiri-mojito

    Poza nigiri próbowałam jeszcze futomaki z przeogromną ilością dodatków, znośne. Potem maki na ciepło jedno z pikantnym, drugie ze słodkim łososiem, a jakże. Maki w słodkim sosie było przerażające. Pikantny łosoś nie najgorszy, ale został podany w towarzystwie nieapetycznej majonezowej brei, która chyba przez dodatek tabasco awansowała na sos pikantny. Nie ogarniam rozumem, dlaczego zamiast całych kawałków upieczonej ryby, które widziałam po przyniesieniu z kuchni, w gotowych maki dostałam rozdrobnioną jak dla niemowlaka papkę.

    Podsumowaniem obiadu i chyba najlepiej charakteryzującym go elementem było nigiri z jajkiem. Po chwili niepewności podczas rozmowy z sushi masterem (vide wyżej), dostałam potworka który prawie ściął mnie z nóg. Twarde, niesamowicie cienkie, źle zespojone, przesmażone i… przesłodzone jajko niewinnie spoczywało sobie na dwóch kuleczkach ryżowych.
    Trochę było mi go żal.

    Moja wizyta trwała około godziny. O ile nie mam zastrzeżeń do kelnerek, do obsługi ze strony "sushi masterów" już jak najbardziej tak. Po pierwsze przydałoby im się jakieś dodatkowe szkolenie. Trochę więcej uwagi w stosunku do gości usytuowanych poza linią wzroku. A przede wszystkim - chłopaki próbujcie co dajecie ludziom!

    Sakana ma warunki na robienie dobrego sushi, ale traci na niedopracowaniu detali.


    Sakana
    ul. Wodna 7/1, 61-782 Poznań
    Wizyta: 26 maja 2012
    Koszt: ponad 200zł na dwie osoby. Typowo.
    Ocena: 25/50
    • wygląd: zewnętrzny 3/6 [schludnie, ale nie zapraszająco], czystość 4/6 [mały chaos za barem], wystrój 3/6 
    • obsługa: menu 3/6 [przydałyby się opisy co zawierają talerzyki, poza tym mój egzemplarz był pomięty], profesjonalizm 3/6 [5 za kelnerki, 2 za suszarza]
    • jedzenie: prezentacja 4/6, smak 3/12, *[2]

    niedziela, 3 czerwca 2012

    77 Sushi. Bez powrotu [29/50]

    Po długiej przerwie nadarzyła się okazja ponownych odwiedzin 77 Sushi. Słoneczne, czwartkowe popołudnie tuż po porze obiadowej wydało mi się idealne, żeby w spokoju i dobrym tempie rozkoszować się japońskimi specjałami w jednej z moich ulubionych restauracji.

    Faktycznie, kiedy otworzyłam drzwi, okazało się, że na sali jest tylko jeden gość. Przedefilowałam do ostatniego stolika pod jedynym oknem wychodzącym na podwórze, na miejsce, którego do tej pory nie miałam okazji zajmować. Przy okazji pozdrowiłam stojącego na straży kuchni kelnera, który ku mojemu zdziwieniu i niepomiernemu szczęściu wreszcie powitał mnie w lokalu. Przez chwilę bałam się, że zamiast kapelusza do ochrony przed słońcem założyłam czapkę-niewidkę! Z okna roztaczał się inspirujący widok na wewnętrzne podwórze, zaplecze piekarni i przelatujące tłuste gołębie. Z drugiej strony, za balustradą schodów prowadzących do piwnicznej sali stało dziecięce krzesełko z fantazyjnie upozowanymi naręczami szarych, papierowych toreb, zapewne do pakowania jedzenia na wynos. Po przeciwnej stronie schodów powoli umierały ikeowskie bambusy.


    Wystrój prawie nie zmienił się od mojej ostatniej wizyty. Nowym akcentem jest świeża szata graficzna menu i podkładek. Żal mi beżowo-czarnego motywu z karpiami pod talerzem, jednak karta ma przeogromną zaletę - widać wszystko. Każdej pozycji towarzyszy zdjęcie ilustrujące, co powinniśmy dostać, więc mamy świetny odnośnik, jeśli przypadkiem nie spodoba nam się zamówienie. Niestety, jedynie na podkładce umieszczona jest informacja o promocjach. Biorąc pod uwagę, że część planszy zasłania zastawa, jest to zdecydowanie chybiony ruch.


    "Dzięki" temu, że pałeczki i serwetka szczelnie zasłaniały promocję na nihonshu [sake, według polskiej nomenklatury], zamówiłam do picia "wino" śliwkowe. W menu są "wina" śliwkowe i morelowe (Choya Plum i Umeshu Classic). Kelner, zapytany, czym różni się w smaku jeden alkohol od drugiego, nie potrafił powiedzieć absolutnie nic rzeczowego. Tu ważna dygresja. W rzeczywistości to nie wino, ale coś zbliżonego do naszej nalewki. Ume ma różne tłumaczenia, dlatego czasem chowa się pod nazwą plum, czyli śliwka, a innym razem apricot - morela. Tak naprawdę, oba alkohole z karty to ten sam produkt, tylko od innego producenta. Kolejnym mankamentem są wpadki językowe: lustrzane odbicie kanji, zły zapis słów w katakanie (np. kalifornia).


    Niezależnie od nazwy, na przyniesienie napoju musiałam poczekać kilka ładnych minut. Przypominam, że lokal był praktycznie pusty, a na dworze ciepło. Zamówiłam tradycyjnie "All you can eat", zatem na pierwszy ogień dostałam misoshiru. Rozczarowała mnie rezygnacja z sałatki jako dodatkowej przystawki. Ponadto, kolejny raz w tym lokalu nie dostałam oshibori (ręczniczka do wytarcia dłoni), co przy jedzeniu dopuszczającym użycie dłoni jest naganne.

    Zupa była lekko przesolona, z ogromną ilością wakame (a może to takie połączenie z sałatką?), podana w sympatycznym, ceramicznym naczynku. Wyglądała świetnie, ale brzeg miseczki, zawinięty do środka, utrudniał wypicie zawartości. Z kolei łyżka była ozdobiona sklepową nalepką z kodem, na szczęście została w przepisowym czasie wymieniona.


    Najładniejsze, specjalnie do zdjęcia!

    Następnie przyszedł czas na bufet. Z promocji skorzystałam tylko ja z towarzyszem, więc cały półmisek sushi był przeznaczony do użytku tylko dwóch osób. Z jednej strony były góry gari (co najmniej o połowę za dużo), malutka kostka wasabi z proszku (odpowiednia na dwie osoby), sześć nigiri parami: łosoś, ryba maślana oraz krewetka, a jako główny punkt programu kilka rodzajów niechlujnie zwiniętych maki. Nigiri poprawne - łosoś w Polsce zawsze się broni, ryba maślana przez proporcje smaku do ilości tłuszczu również. Najsłabsza była krewetka, za twarda i bez wyrazu. Uramaki i futomaki zdominowały paluszki niby-krabowe [surimi, które składa się głównie z farbowanych ryb]. Hosomaki z tuńczykiem i futomaki z łososiem były niezłe, cała reszta fatalnie wyważona smakowo i niemal nie do rozróżnienia między sobą. Całkowicie nie rozumiem, dlaczego nie było nigiri z omletem (klasyka, tania i prawie zawsze smaczna). Jak zwykle na koniec były wyśmienite lody. Od obsługi wyciągnęłam, jakiej są firmy: stara, dobra, polska marka.

    Wizytę oceniam jako średnio udaną. Niedoświadczony kelner nie zdążył nauczyć się karty, zamiast podawać, wyciągał się nad stołem. Sushi podane za ciepłe, zyskało odrobinę na smaku, dopiero kiedy "ochłonęło" kilka minut na półmisku.
    Poza tym odniosłam wrażenie, że przeszkadzamy obsłudze przygotowującej właśnie coś w piwnicznej części restauracji, menadżerce prowadzącej wstępną rozmowę kwalifikacyjną obok mojego stolika, kelnerowi odbierającemu telefon.

    Zawiodłam się na tyle, że już nikomu nie polecę wizyty w 77 Sushi - po prostu nie wiem, czego mógłby się spodziewać. Sama też dwa razy się zastanowię, czy jeszcze tam wrócę.
    Szkoda.


    ul. Woźna 10, 61-777 Poznań
    Wizyta: 26 kwietnia 2012
    Koszt: ok. 120zł na dwie osoby. Nieźle, zważywszy na to, że zjedliśmy ponad pięćdziesiąt kawałków sushi. Do tego woda i umeshu.
    Ocena: 29/50
    • wygląd: zewnętrzny 4/6 [niemal całkowicie przeszklony front], czystość 4/6 [brak kurzu na parapecie, ale te papierowe torebki na krześle...], wystrój 3/6 
    • obsługa: menu 3/6 [jednak chaos z prezentacją promocji i błędy], profesjonalizm 3/6 [kelner chyba się starał, mimo wszystko]
    • jedzenie: prezentacja 3/6, smak 7/12, *[2]

    I niech mi ktoś wyjaśni co oznacza "5zł dopłaty za każdy pozostawiony kawałek sushi"?!

    sobota, 2 czerwca 2012

    Jak oceniam restauracje

    Niezależnie od tego, czy piszę o tym czy nie, zawsze kiedy idę na miasto coś zjeść oceniam restauracje, bary i kawiarnie według prostej i skutecznej skali.
    Jak w szkole punkty są od jednego do sześciu, ale z dodatkiem zera - dla oszustów, trucicieli itp.

    0 - fatalnie, dzwonię po Sanepid
    1 - źle
    2 - słabo
    3 - zwyczajnie
    4 - nieźle
    5 - bardzo dobrze, ale...
    6 - cudownie!
    Punktuję co następuje:
    1. wygląd: zewnętrzny, czystość, wystrój
    2. obsługę: budowę menu, profesjonalizm,
    3. jedzenie: prezentację, smak*, **adekwatność nazwy  *maksymalnie dwanaście punktów [żeby nie było połówek]   **domyślnie dwa punkty; jeden dla udziwnień, zero dla niezgodności opisu z definicją potrawy, np. szynka z indyka
    Łatwo policzyć, że maksymalnie mogę przyznać pięćdziesiąt punktów. Dużo?

    Mikser Kulinarny

    Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów

    Durszlak

    Durszlak.pl