piątek, 15 marca 2013

Pierwsza gwiazdka...

...więc pomyślmy życzenie! ;) Moim jest, żeby było więcej takich ludzi.

Pierwsza w Polsce gwiazdka Michelin, hurra! :D

Gratulacje Atelier Amaro!


sobota, 9 lutego 2013

Najciekawsze filmy o jedzeniu i z jedzeniem w tle

Ostatnio natrafiłam na uroczy serial, Samotny smakosz. Przesłodki! 


Każde danie widać dokładnie z każedej strony.

Niesamowicie okrutne.

Główna postać, samotny smakosz Goro Inogashira.

Każdy odcinek opisuje jedną z wypraw bohatera, podczas których zawsze nagle i niespodziewanie głodnieje... Po czym znajduje najszybciej jak się da restaurację czy jadłodajnię. I to tyle. Ogromną zaletą jest to, że każde z filmowanych miejsc na prawdę istnieje i podaje to, co widzimy na ekranie. Znowu zazdroszczę Japończykom!
Często włączam sobie zamiast radia czy telewizji jakiś film czy program, nie tylko o jedzeniu i słucham przy sprzątaniu czy gotowaniu. Albo, tak jak teraz przy pisaniu. Tak, żeby o niczym nie zapomnieć - najlepsze jakie znam filmy o jedzeniu. Kolejność "z głowy".





Nankyoku ryōrinin, czyli kucharz z Bieguna Południowego. Film nieodmiennie i najbardziej podnoszący mnie na duchu. No i z niego nauczyłam się, jak najlepiej wyrabiać ciasto na makaron.



  • 飲食男女饮食男女 [Yǐn Shí Nán Nǚ]Eat Drink Man Woman, Ang Lee, 1994


Najwspanialszy początek filmu jaki kiedykolwiek widziałam. No, może mniej monumentalny od Prometeusza, ale jednak. Najlepszy. Aż się chce tam być! Historia emerytowanego szefa kuchni i jego trzech córek, oraz ich perypetii sercowych. Wokół stołu. Jest też amerykańska przeróbka Tortilla Soup, ale przez pretensjonalne aktorki i kiepskie dialogi nie byłam w stanie obejrzeć go w całości. Przeskakiwałam jedynie  do scen z jedzeniem. W zeszłym roku wyszedł film zatytułowany Eat Drink Man Woman 2, ale to bardzo słaba próba naśladowania lekkiej narracji Anga Lee. Postaci płaskie jak z papieru, brr. Może po prostu jestem negatywnie nastawiona do bogatej młodzieży i wegetariańskich restauracji...



  • Babettes gæstebud [Uczta Babette], Gabriel Axel, 1987


Arcydzieło o tym, jak jedzenie może otwierać nawet najbardziej ściśnięte, chrześcijańskim umartwianiem się, usta. ...Rotfl!



  • Food Inc., Robert Kenner, 2008


Dokument o tym, kto i jak robi jedzenie w Ameryce. Na czasie zawsze, teraz też ze względu na niedawną ustawę o GMO i Monsanto w Polsce.



  • Fat Head i Supersize Me, odpowiednio Tom Naughton, 2009 i Morgan Spurlock, 2004

Dokument o szkodliwości fast foodów (szczególnie tego z klaunem) oraz odpowiedź piętnująca wszystkie jego niespójności. Zabawne i pouczające. Przede wszystkim - nigdy nie wierz bezkrytycznie gadającym na ekranie głowom.




Kultowy obraz o kierowcy cysterny, który pomaga samotnej matce ożywić restauracyjkę z ramenem. Przeplatana historiami o jedzeniu, w tym fantastyczną opowieścią o umierającej matce i najbardziej kreatywnym użyciem żywych krewetek. Jest też najpiękniejsza scena jedzenia ostrygi, jaką w życiu widziałam.



  • Julie&Julia, Nora Ephron, 2009


Znany. Lubiany. Niezły. Nauczył mnie osuszać mięso i smażyć pieczarki. I nie przejmować się masą rzeczy. Poprawia humor, bezbłędnie.





Znany. Lubiany. Dobry.



  • Big NightCampbell Scott, 1996


Włoska restauracja prowadzona przez dwoje braci przeżywa pewne kłopoty... Nic, czemu nie zaradzi wystawny bankiet z gwiazdą w roli gościa honorowego. 



  • *The Cook the Thief His Wife Her LoverPeter Greenaway, 1989


Nie lubię tego filmu. Jest zdecydowanie za dziwny. Nawet mimo plejady gwiazd na widoku i tłumu znakomitości w napisach, trudno było mi go obejrzeć. Ciekawe podejście do jedzenia, ale to tylko pretekst do ukazania mrocznej natury przestępczego półświatka. No i Gruber z Allo Allo jako kochanek...



  • Vatel, Roland Joffe, 2000



Historia zarządcy wydającego trzydniową ucztę dla Króla Słońce i wszystkich jego dworzan. Bez happy endu, za to z królewskim przepychem. Nie wiem czemu tak często jest pomijany na listach filmów o jedzeniu; w końcu opowieść jest równie dramatyczna, jak historia Bernarda Loiseau.


  • Charlie and the Chocolate Factory [Charlie i fabryka czekolady], Tim Burton, 2005


Nie widziałam wcześniejszej wersji i ta mi odpowiada. Zawsze chciałam być wielką jagodą! I mieć czekoladowy wodospad! I armię wiewiórek! Ahh... :D



  • Cloudy with a Chance of Meatballs [Klopsiki i inne zjawiska pogodowe], Phil Lord, Christopher Miller, 2009


Maszyna produkująca jedzenie z chmur. Czy potrzeba do tego jakiegokolwiek wytłumaczenia? Plus gigantyczne akwarium na sardynkę. Ups!I mega galaretka. Fantastyczna.



  • Ratatouille, Brad Bird, 2007


Znany. Lubiany. Dobry, ale bez przesady. Jedna linijka warta zapamiętania:If I don't love it, don't swallow.



  • *Dinner Rush [Danie dnia], Bob Giraldi, 2000


Nie rozumiem czemu pisze się, że to dobry film. Nudny. Nudny. Mało jedzenia. Nudny. Ale piszę o nim, bo chyba tylko ja nie lubię historii w stylu Ojca chrzestnego



  • Ramen girl [Miłość o smaku Orientu], Robert Allan Ackerman, 2008 


Zobaczyłam go przypadkiem będąc w odwiedzinach u przyjaciół. Zadziwiająco dobry, jak na japońsko-amerykańską kolaborację. No i ma dobre zakończenie, a takie lubię najbardziej. Najgłupszy polski tytuł.



Lista do uzupełnienia w przyszłości.

niedziela, 27 stycznia 2013

Shabu Shabu Hotpot. Tylko mięsa żal... [28/50]


Na "Shabu Shabu Hotpot" natknęłam się zupełnym przypadkiem. Przeglądałam od niechcenia kolejną kompilację "modnych" knajp, gdzieś na gazecie.pl, szukając miejsca na uczczenie z Lubym rocznicy. Czy jest coś lepszego, niż miejsce gdzie własnoręcznie można zrobić i spałaszować gorącą zupkę w wilgotny październikowy wieczór? Nie zmywając naczyń! Restauracja na Mokotowskiej wydała mi się idealna, tym bardziej, że zawsze szukamy miejsc, które będą nam przypominały Japonię. 

Stąd zdjęcie na początku - wspomnienie, które starałam się ożywić.  Shabu shabu łączone z sukiyaki, do tego w promocji "jesz, ile możesz w półtorej godziny", 1500 jenów na głowę. Czyli jakieś 60 złotych. 

Na honorowym miejscu pół garnka wywaru do sukiyaki (mirin, sos sojowy i cukier), druga połowa pełna dashi do shabu shabu. Kelnerzy zbierają zamówienia na mięso, które jest wliczone w cenę. Wybraliśmy schab, boczek, wołowinę - w półprzezroczystych plasterkach, jak firanki, do tego jeszcze mielone, pięknie podane w bambusowych rynienkach. Z dokładkami, oczywiście. Warzywa, makarony, tofu, ryż i bezalkoholowe napoje były dostępne przy szwedzkim stole nieopodal. Całości dopełniały dipy: sezamowy, ponzu i obowiązkowe do sukiyaki surowe jajko. 

Kiedy już zebraliśmy wszystko na stole pozostało tylko pałaszowanie. :) Nic nie jest lepsze od pięknego kawałka wołowiny, lekko tylko ściętego po pokonaniu dwóch długości garnka, umoczonego w jedwabistym i aromatycznym sezamowym sosie... 

Wysoko zawieszona poprzeczka, wiem. 

No to do sedna. Tak wyglądają stoliki:


Jak widać, to nie do końca to samo, co pierwowzór, ale nie bądźmy wredni, najważniejsze jest - garnek na bulion. Według menu są trzy rodzaje wywarów do wyboru: wegetariański-grzybowy (typ Lubego), tajski-pikantny i wietnamski-ananasowy (mój). Zdziwił mnie brak dashi, no ale najwidoczniej nazwa lokalu ma być tylko luźną sugestią... 

Zasady zamawiania są proste: po selekcji bazy, wybieramy treść naszego obiadu. Do wyboru warzywa, grzyby, ryby, drób, wieprzowina, makarony. Do tego są jeszcze pierożki , ukryte na boku karty, pod egzotycznymi nazwami. Każda z pozycji w skromnych cenach, ledwie po kilka złotych. Żyć nie umierać. 



Moje zamówienie: bok choy, kurczak, boczek, marchewka, shiitake, makaron.

Talerz Lubego: kurczak, szpinak, kiełki soi, tofu, makaron.

Tadam! Gotowe zamowienie. Nie obyło się bez zgrzytów; nie wszystkie składniki dostaliśmy według zamówienia, kelnerka pomyliła składniki, ilości, osoby. Niby z uśmiechem doniosła co trzeba, ale przyznam, że im dłużej siedzieliśmy przy stole, tym wyraźniej widać było faktyczny poziom obsługi. Na początku wydawało się, że jest lepiej, niż okazało się być na końcu. Jeśli ma się choć minimalne pojęcie, co i jak zrobić, obsługa ulatnia się magicznie, lub zajęta swoimi sprawami nie dostrzega prób nawiązania kontaktu. Przy jakichkolwiek wątpliwościach pierwszą reakcją jest "klient się myli". Duży minus, za pomieszanie składników na dwóch talerzach, tym bardziej, że ruch był raczej nieduży i nie można tego tłumaczyć nawałem pracy.

Wracając do istoty wpisu. Już na pierwszy rzut oka widać rożnicę w najważniejszym ze składników. Nie spodziewałam się tak grubych i wielkich kawałów mięsa. Niskiej jakości, tak, przyzwyczaiłam się do tego. Niestety. Jednak, kiedy weźmiemy pod uwagę samą ideę shabu shabu, to że mięso po dwóch, trzech zamieszaniach w bulionie powinno być gotowe do zjedzenia, to widać, że komuś się mocno nie chciało. Nie widzę innego wytłumaczenia. Jak robisz knajpę z czymś, co nazywa się spaghetti, to nie podajesz penne. Jak robisz knajpę shabu shabu, to daj ludziom to, co reklamujesz, a nie "wariację na temat", całkowicie różniącą się od pierwowzoru.  Albo nazwij lokal inaczej.


Co do smaku - nie jest źle. Wietnamski słodkawo-kwaskowy wywar był poprawny, wegetariański zdecydowanie za słony; gotowały się tak samo długo i w tej samej temperaturze. Marchewki pokrojone zdecydowanie zbyt grubo i nierówno (do tego niektóre kawałki ucięte za blisko natki), gotowały się bardzo długo. Na prawdę bardzo długo. Shiitake to dla mnie zawsze zagadka, bo wszyscy używają suszonych. Aż się nie chce wierzyć, że w tak dużym mieście jak Warszawa nie da się ich dostać świeżych. No, przynajmniej ja ich nigdzie takich nie widziałam. Bok choy mogła być podzielona na łodygi i liście, bo tak zdecydowanie łatwiej ją przyrządzić (to akurat bardziej moja preferencja, niż poważny zarzut). Szpinak był jednak trochę za twardy, makaron w porządku, chociaż wolałabym domowy udon, kiełki bardzo ładne. Bardzo pozytywnie zapisał się w mojej pamięci tamaryndowy dip, przepyszny. Szkoda, że nie dostaliśmy miseczki ryżu "w zestawie". To drobna rzecz, ale ważna przy daniach tego typu. 

No i zupka, na którą czekałam, gotowa! 

Co ciekawe, najbardziej pozytywnie w mojej pamięci zapisały się... pierożki. Zamówiliśmy z lubym po zestawiku trzech maciupkich drożdżowych i z cienkiego ciasta ryżowego, o ile mnie pamięć nie myli. Cienkie są mniej niż przeciętne, ale te bułeczki na parze! Porcja na jeden-dwa kęsy,a le ile smaku! W środku chyba garam masala, fantastycznie współgrająca ze słodkawym mięsem, wspaniałe! Świetne na deser, jeśli nie przepada się za słodyczami.


Podsumowując: poszłam na shabu shabu, dostalam hot pot. Niezły, ale jednak mnie rozczarował. Można było zrobić to dużo lepiej.



ul. Mokotowska 27, 00-560 Warszawa
Wizyta: 06.10.2012
Koszt: 50zł na dwie osoby. Równiutko. [Ale nie zamówiliśmy nic do picia.]
Ocena: 28/50
    1. wygląd: zewnętrzny 4/6, czystość 4/6 [smugi na kontuarze i stolikach, opakowania z naczyniami z Ikei na widoku], wystrój 3/6 [dość pusto i nudno]
    2. obsługę: menu 3/6 [świetny pomysł, bardzo słabe wykonanie], profesjonalizm 3/6 [gdyby nie wtopa z zawartością talerzyków, byłoby więcej],
    3. jedzenie: prezentację 3/6, smak 7/12, adekwatność nazwy 1/2 

    środa, 26 września 2012

    Warszawka śniadaniowa i śniadanie zwykłej Polki



    Zabawnie czytać w gazecie o miejscach, które widuję codziennie. Jeszce weselej, być gdzieś, a potem zdać sobie sprawę, że nazwa brzmi znajomo a topografia jest przejrzysta, bo pamiętam je z dziecięcej lektury. Najśmieszniej jednak przeczytać o czymś co robią wszyscy wokół... Przynajmniej według dziennikarzy.

    Artykuł [niejawnie sponsorowany] o warszawskich "śniadaniowniach" wywołał burzę na forum gazeta.pl. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony tekst jest straszny, bo po jego przeczytaniu pozostaje ogromny niesmak. Generalizacja również przeogromna i zatrważająca. 

    Ale czy sama idea modnych "śniadaniowni" jest zła? Ostatecznie, to czy się utrzymają zależy od konsumenta - nie pójdziesz, nie zapłacisz, nie zarobią. Skądinąd wiem, że osiem złotych za kanapkę to nie tak dużo biorąc pod uwagę, że chodzący po firmach Panowie i Panie Kanapki mają dość podobny przedział cenowy. Kiedy przyjechałam do warszawy byłam zachwycona, że ciągle coś się dzieje, nocą w centrum jest całkiem sporo ludzi [Poznań wyludnia się przed jedenastą wieczorem], a ilość dobrych knajp jest więcej niż zadowalająca. 

    Niech sobie "śniadaniownie" działają spokojnie. Bojkotujmy za to nierozgarniętych dziennikarzy i nachalne wciskanie tego, co akurat ktoś uzna za modne. Może przez nich stracimy coś dobrego?

    A na marginesie - co zwyczajny Polak jada na śniadanie?

    Powyżej jedno z moich - chleb pieczony przez mojego teścia, na górze jajko na miękko, masło, babciny pasztet, a do tego lekko"przeciągnięte" espresso. 


    Kaszka manna z syropem malinowym, niestety kupnym.


    Sadzone jajko i parówka. A w tle kubek mocnej herbaty.


    Kawa z mlekiem, jajecznica z papryką i szypiorem, kanapki z teściowego chcleba, z twardym serem maźnięte koncentratem, z braku ketchupu. 


    Jajecznica za szczypiorkiem, kanapki na bułce wrocławskiej/kawiorce/batonie szwedzkim, herbata, śledziki i tosty z nutellą i bananem.

    Hmm, idę zrobić sobie śniadanie! :D Efekt do zobaczenia na nowopowstałej stronie bloga na twarzoksiążce!



    sobota, 15 września 2012

    Jak nie zaczynać pracy w gastronomii, część pierwsza

    Przede wszystkim i na początku - czym ten post nie jest i nie ma być. 

    Nie jest zemstą, ani wyżyciem się za to, jak mnie traktowano [No, może troszeczkę, tak w ramach doraźnej psychoterapii]. Nie jest czarnym PR, choć komplementów w nim nie będzie wiele. W założeniu, to podsumowanie moich doświadczeń. Kilku kroków, które były fałszywe i tych postawionych pewnie. Zacznijmy zatem tam, gdzie naturalnym torem pojawia się opowieść.

    Szukałam pracy jakiś czas. Przy wyborze ofert wyszłam z założenia, że najlepiej jeśli pierwszeństwo będą miały te, które mają coś wspólnego z tym, co lubię. Odpowiedzi nie było wiele, więc w pewnym momencie byłam zdecydowana wziąć cokolwiek. Tak właśnie wylądowałam na zmywaku.

    Zasadniczo nie mam nic przeciwko pracy fizycznej i nie angażującej zbytnio umysłu. Miło wspominam kilka miesięcy spędzonych w szklarni, zresztą nawet komputer z którego piszę został kupiony za pieniądze zarobione na polu kapusty. Pomyślałam sobie - pieniądz nie śmierdzi, zmywak nie może być straszny, grunt to zacząć pracę, a potem można awansować. Kto wie, może i na managera?

    Naiwne? Trochę, zapewne.

    Jestem idealistką i czasami to trudniejsze, niż może się wydawać.

    Zaczęłam pracę w "hipsterskiej" knajpce na Powiślu, na tyłach Uniwersytetu. Piękna okolica. Załoga to sami młodzi ludzie; najstarsi byli właściciele - po trzydziestce. W karcie wina, przekąski słodkie i wytrawne, desery. Czysty, jasny minimalistyczny wystrój i wielkie parcie na sukces. Jeszcze przed otwarciem wywiady, sesje, wizyta "tej sławnej" blogerki, o której słyszałam pierwszy raz w życiu [wiem, wiem, nie ma się czym chwalić]. Później "wydarzenia" na Facebook'u, artykuły w prasie i internecie... Knajpa na poziomie.

    Pierwszego dnia, po kluczeniu wśród podobnych adresów, dotarłam jakoś na rozmowę kwalifikacyjną. Wrażenia - fantastyczne. Niemal wszyscy mili, uśmiechnięci, odprężeni. Dwie godziny próbne, żeby odnaleźć się na trzech metrach kwadratowych korytarzo-zmywaka i już byłam umówiona do pracy na następny dzień. Od dziewiątej do dwudziestej pierwszej. W praktyce, od dziewiątej do dwudziestej trzeciej, obijając się co chwila o drugą pomoc kuchenną i patrząc w sufit na lub dla odmiany walcząc z natłokiem naczyń po łokcie. Na szczęście managerka wpadła na to, że dwie osoby jednocześnie to chyba za dużo jak na ten metraż, więc kolejnego dnia zaczęły się zmiany "według zapotrzebowania". Innymi słowy miałam przychodzić wtedy, kiedy pracy byłoby za dużo dla jednej osoby (nigdy, tak na prawdę), albo kiedy zmienniczka nie mogła. Biorąc pod uwagę, że pensja miała być wyliczona z przepracowanych godzin, nie wyglądało to różowo.

    Co do pensji - mimo codziennych pytań, nie zobaczyłam umowy. Najpierw słyszałam "jutro", następnie "proszę podać dane, to przyniosę", a ostatecznie "piszemy umowę na koniec miesiąca na podstawie wypracowanych godzin". Dla niezorientowanych - pracuj na czarno, łosiu, może cię zbytnio nie orżniemy.  

    Sama praca nie była szczerze mówiąc ciężka ani wymagająca. Wyciąganie naczyń ze zmywarki, układanie ich, pomoc przy obieraniu, nalewaniu, wyciskaniu, pieczeniu, ubijaniu i tak dalej też nie należy do rzeczy przerażających. Najgorsi byli ludzie i warunki pracy. Moja przygoda zaczęła się i skończyła w lipcu, a że tegoroczne temperatury należały raczej do wyższych niż niższych, a w pomieszczeniu nie było wentylacji to wyobraź sobie, drogi czytelniku, jak miło stało się po dwanaście godzin. Dodatkowo ciągle pracująca wyparzarka oprócz temperatury dodawała również wilgotności, za plecami oprócz regału na naczynia miałam śmietnik i przejście z sali do kuchni i składziku, potem nawet regał zniknął na rzecz kilku kartonów [sic!]. 

    Najgorsi byli ludzie. 

    Część faktycznie sympatyczna - dwoje czy troje kelnerów, sue-chef... Reszta traktowała mnie w najlepszym razie jak powietrze. Nie chodzi i o to, że chcę być chwalona i wielbiona.  Jednak szarpie mi nerwy, kiedy po przepracowanej w ścisku i tłoku czternastogodzinnej zmianie, trzy godziny po planowym fajrancie zmywam na prawdę brudną podłogę, a cała reszta załogi siedzi przy stoliku, rozdziela napiwki i popija wino. Dopóki nie wspomniałam, na jakim kierunku studiów byłam nie miałam prawa wtrącić niczego do rozmowy podczas pracy. Poza tym, okazało się, że nie mogę też zorganizować sobie miejsca pracy tak, żeby było czyste i ergonomiczne, bo przeszkadza to mojej dublerce. Nota bene, poskarżyła się na mnie szefowej kuchni, w wyniku czego dostałam burę za to, że zwróciłam jej uwagę na nieefektywną pracę. 

    To co było w kuchni... 

    Nie ma czego zgłaszać do sanepidu, jak się okazuje wszędzie warzywa i owoce stoją na ziemi i w przejściach, podobnie jak naczynia i inny sprzęt. Wykorzystuje się lekko nadpsute produkty, croissanty są odgrzewane, a ręcznie robione lody składają się z mleka i magicznego proszku, ze szczyptą barwnika z puszki. Polane równie sztuczną gotową kuwerturą. Wino przechowywane w temperaturze, która mnie zdziwiła niepomiernie [a wcale nie jestem znawcą], na szczęście udało mi się wyperswadować managerce przeniesienie go do jeszcze cieplejszego magazynku. 

    Po wyjątkowo ciężkim dniu zasłabłam, po czym napisałam maila, że nie jestem w stanie znowu przyjść na pół dnia. I już nigdy nie przyjdę. 

    Hmm, to dopiero połowa...



    Następna część jednak w osobnym poście.

    wtorek, 17 lipca 2012

    Od kuchni. Masterchef, Polska gastronomia.

    Lato obfituje w kuchenne rewolucje.

    Wyjątkowo, nie mam na myśli tej akurat produkcji TVN, chociaż Magda Gessler odgrywa i tak niemałą rolę. Jakżeby inaczej, w końcu to nietuzinkowa postać o posągowej figurze i gabarytach.



    Po pierwsze - Masterchef. Nareszcie u nas. Miałam ogromną przyjemność kibicować Komuś, kto odważył się i dotarł całkiem daleko, przebrnąwszy przez castingi wstępne, własciwe i kilka eliminacji. Nie mogę się doczekać wrześniowych odcinków, głównie przez to, że nierozważnie podpisałam umowę o poufności. Heh. We live and learn.

    Nie znaczy to, że nic nie napiszę... :>

    Oprócz najbardziej medialnych jurorów głównych, których nie dane było mi zobaczyć, przy programie pracują też inne znane nazwiska: Gosia Molska [przeurocza!], Rafał Targosz i MirekDrewniak [który pełni funkcję konsultanta do spraw kulinarnych]. Jurorowali w precastingach, podczas których wybrano setkę uczestników z całej Polski na właściwy, filmowany od a do z casting w Krakowie. Ponoć pytania jakie zadawali były okrutne. Jak przyrządziłbyś bażanta? Od czego zaczniesz gotowanie risotto? Niemniej, jakoś dało się wybrnąć. Niemiłym zaskoczeniem na wszystkich castingach były "obsuwy" czasowe. Z planowanych "piętnastu minut" robiło się pół godziny, potem kolejne tyle czekania w kolejce do stołu jurorskiego... Na szczęście ekipa starała się jak najbardziej ułatwić uczestnikom pracę, choć lekki niesmak pozostał.
    Atmosfera na planie jest świetna, ale te irytujące pauzy w rozmowach jurorów z uczestnikami to jeden z celowych zabiegów stosowanych w tym formacie. A jednak. Miałam nadzieję, że uda się tego uniknąć, ale niestety, pozostaje wierzyć, że ktoś zmontuje to na tyle zręcznie, żeby zmaksymalizować ilość wypowiedzi jurorów. Co najważniejsze poziom uczestników, choć nie tak wysoki jak we francuskiej edycji, nie jest też żenujący. Zobaczyłam i usłyszałam o wielu ciekawych pomysłach i "codziennych" rozwiązaniach, które sprawiają, że myślenie o Polakach w kuchni nabiera dla mnie coraz bardziej pozytywnego zabarwienia. Oby tak dalej i bardziej, i więcej!

    Po drugie - "Polska od kuchni" nowy cykl portalu Gazeta.pl.Wspaniały. Przerażający. Prawdziwy, jak miałam okazję się przekonać. Link pod nazwą, nie napiszę nic więcej, to trzeba przeczytać samemu.

    Po trzecie -  moje małe doświadczenie w pracy w kuchni i okolicach. Nie wytrzymałam długo, nie ma się czym chwalić, ale nauczyłam się tyle, że spokojnie wystarczy na osobny wpis.
    Niedługo.

    środa, 27 czerwca 2012

    O seksowności spożywania pupila.

    Zjadłbyś psa?

    Ja tak. Kota też. Jadłam surową koninę. Zjadłabym świnkę morską. Króliki i zające są w naszej diecie od dawna.

    Przedwczoraj natrafiłam na jednym z plotkarskich portali na pełen oburzenia artykuł, okraszony zdjęciem Macieja Nowaka w wampirycznej stylizacji. Tytuł: Maciej Nowak szokuje - ZJADŁEM PSA! Był smaczny.

    Początkowo roześmiałam się serdecznie, ot pierwszy odruch. Potem naszła mnie refleksja, jak długo jeszcze będziemy na tyle nietolerancyjni, żeby piętnować ludzi, którzy na wczasach odważyli się zrobić coś co nas zadziwia? Jakiś krytyk kulinarny zjadł psa. Makler połknął żywą ośmiornicę. Żona dyrektora zamordowała homary włożywszy je do wrzątku. Szokujące?

    Zapominamy, że choćby świnie są bardzo inteligentnymi zwierzętami. Niektóre są trzymane w domach w charakterze pupili. Czują i rozumieją co najmniej tak samo jak psy. Ilu z nas pochyla się nad karkówką, ubolewając nad swoim okrucieństwem?

    Nikt, oczywiście. Cóż dziwnego w tym, że jemy kulturowo dopuszczalne mięso? Nic a nic. Cóż dziwnego w tym, że jemy kulturowo akceptowane mięso po drugiej stronie globu? Nic. Deal with it! 

    Świat to globalna wioska, na całe szczęście nie znaczy to, że wszędzie jemy to samo. Celebrujmy odmienność!


    poniedziałek, 11 czerwca 2012

    Post Office Cafe. Śniadaniowo [29/50]

    Dawno, dawno temu...



    Poznaniacy zajmowali się bałwochwalczym witaniem jakiegoś pucharka, a ja wybrałam się na późne śniadanie. ;) Jak możecie się domyślić nie przepadam za piłką nożną. No, gwoli ścisłości lubię jako aktywność i sport na szczeblu lokalnym, ale niekoniecznie jako masową imprezę. Ale to temat do pogawędki na kiedy indziej.

    W tamtą sobotę zachęcona dodatkowo ułanami jak malowanymi przed średniowiecznymi kamieniczkami,  zaciągnęłam Lubego na lunch do Post Office Cafe. Wszystkie siedzenia pod arkadami były niestety zajęte, więc usiedliśmy w środku. Świetna decyzja zważywszy na upał - grube mury zapewniają przyjemny chłodek, ale nie zimno. Duży plus.

    Wybieranie miejsca miało atmosferę czeskiego filmu. Zwiedziliśmy piwnicę i obie sale na parterze, śledzeni niedyskretnie przez kelnerkę niemowę. W domu, ze strony internetowej POC dowiedziałam się że dół jest dla palących, więc tym bardziej cieszę się, że znalazł się w końcu niezły stolik przy oknie. 

    Zamówiłam gyozymisoshiru set, i do tego piwo. W karcie są dwa rozmiary, więc lekko mnie zaskoczyło, kiedy bez mrugnięcia kelnerka zniknęła, po czym wróciła z największym. Oj niedoczekanie! Poprosiłam o mniejszy kufel, szybko go dostałam, ale trzeba było pilnować obsługi aż do końca - na rachunku znów pojawiło się duże piwo. Żółta kartka. Lekki niesmak pozostał. 

    Czeski film trwał dalej. Z głośników płynęły smutne przeboje jakiegoś komercyjnego radia, stolik opodal zasiedlili Anglicy i wypełnili pomieszczenie wesołą rozmową na temat zamówionego english breakfast. Frappuccino Lubego było bardziej jak frappe - jestem przyzwyczajona do Starbucksowego orginału o konsystencji granity. 

    Kilka minut po przyniesieniu napojów odwiedziła nas ponownie kelnerka - z pustymi rękoma i oświadczeniem, że miso się skończyło, bo kucharze zapomnieli zamówić.  Żółta kartka. Szybka zamiana na sałatkę lyońską załatwiła jednak sprawę i w całkiem przepisowym czasie cieszyłam się dziełkiem widocznym poniżej. 



    Luby zaordynował sobie śniadanie wegetariańskie.

    Było świetnie. Nie komentuję talerza Lubego, bo mu smakowało, więc nic mi do tego. Ale skubnęłam trochę i niby fajnie, ale jałowo... Moja sałatka bardzo hojnie obsypana podsmażonym boczkiem, z perfekcyjnie ugotowanym jajkiem w koszulce miała tylko dwa mankamenty. Po pierwsze - brak grzanek, notuję tylko pro forma, bo za nimi raczej nie przepadam, a pieczywo jak widać było. Ubolewam jedynie nad tym, że upieczono mrożony gotowiec, a nie zrobiono własnoręcznie bułeczki. Roboty na kwadrans, a radości i smaku o ile więcej! Po drugie - dressing nie był musztardowy. Octowy zdecydowanie! Gdyby tylko dopracować proporcje: zmniejszyć ilość kwasu, dolać oliwy i musztardy, byłoby absolutnie genialnie. Taka sałatka jest idealna na lunch, razem z dwiema bułeczkami zdrowo i smacznie wypełnia żołądek.


    Po zielonym mieliśmy niezłą chwilę na kontemplowanie talerzy przy akompaniamencie głośnych rozmów personelu. Dość żenująca treść. Nie chciałam tego słyszeć.

    Wreszcie pojawiły się gyozy

    Zamówiłam wcześniej orientalne śniadanie nie bez kozery. POC jest chyba jedynym miejscem w Poznaniu, które "przytuliło" domową wersję kuchni Japonii. Wcześniej jadłam tam okonomiyaki, fachowo utopione w sosie i majonezie. Wobec pierogów żywiłam wielkie nadzieje.

    Dostałam to:





     Dość powiedzieć, zawiodłam się sromotnie. Oto dlaczego, w punktach trzech:
    1. Farsz. Mięso, mięso, mięso. Coś tam jeszcze było, jak widać, ale wierzcie mi, nie było tego czuć. Ani imbiru, ani czosnku, ani kapusty. samo mięso też bezsmakowe, nie mam pojęcia jak to osiągnięto. Mrożenie? Jak widać nadzienie nie zespoliło się z ciastem, było go za mało i za suche, nie miało szansy osiągnąć tak pożądanej w gyozach soczystości. No jak tak można? :<
    2. Ciasto. Grube. Twarde. Tłuste. Ble.I brak falbanki, a przez to kształt nie ten. I spód nie był chrupiący.
    3. Dip.Na zdjęciu widać gruby film żółtego oleju. Zazwyczaj to mieszanina sosu sojowego, oleju chilli i octu ryżowego. W smaku czuć bylo sam olej, bynajmniej nie ostry. Jeśli był z chilli to świetnie się maskował. Może ninja?   

    Na dodatek rozłożenie pierogów z dala od siebie spowodowało, że bardzo szybko straciły ciepło. Zazwyczaj są posklejane w rządkach lub okręgach, zdjęte prosto z patelni podawane do stołu. 
    Za gyozy czerwona kartka.


    Post Office Cafe może być niezłym miejscem na lunch czy lekką kolację. Nie polecam japońskich dań, dopóki kucharz nie nauczy się ich robić. Mimo wszystko jest nadzieja.


    Post Office Cafe
    ul. Stary Rynek 25/29, 61-772 Poznań
    Wizyta:  28.04.2012
    Koszt: ok. 50zł dwie osoby Sałatki po kilkanaście złotych. Uwaga na promocje - obsługa o nich milczy, a warto zapytać.
    Ocena: 29/50 Gdyby nie gyozy byłoby 33/50...
    • wygląd: zewnętrzny 6/6, czystość 3/6, wystrój 2/6 [Przydałoby się odświeżyć to i owo. Tęskno gwoździom w ścianach do zdjęć z Japonii na dodatek.]
    • obsługa: menu 4/6, profesjonalizm 2/6 [Nawet wczorajszy makijaż nie przeszkadza mi aż tak, jak źle nabity rachunek]
    • jedzenie: prezentacja 4/6, smak 6/12[sałatka 10, pierogi 2], *[2/2]

    piątek, 8 czerwca 2012

    Sakana. Cukierkowo [25/50]

    O Sakanie słyszałam sporo dobrego.

    Pochlebne opinie na jednym z serwisów kulinarnych skłoniły mnie do odwiedzin pewnej słonecznej soboty. Miałam dziką ochotę na sushi. Nie na cokolwiek japońskiego, ale właśnie na rybę z ryżem, bo dopiero co zobaczyłam Jiro śni o sushi, a wierzcie mi, oglądanie tego filmu z pustym żołądkiem jest gorsze niż najbardziej wymyślna chińska tortura. Luby ochoczo mi przytaknął i tak tuż po seansie powędrowaliśmy na niedaleki Stary Rynek.

    Zaraz po wejściu lekko ochłonęłam - brak wesołego irasshaimase, czy choćby swojskiego dzień dobry, ale to pewnie przez to, że obsługi mało a gości niespodziewanie dużo. Zajęliśmy miejsca przy kontuarze i zagłębiłam się w lekturę menu. Karta jest wyjątkowo lakoniczna, co uważam za plus. Jednak enigmatycznie podano ceny talerzyków, a nie konkretnych rodzajów sushi, co przy kaitenzushi - pływających lub jeżdżących po taśmie talerzykach może być niezłe. Szkopuł w tym, że większość łódeczek do przewożenia cennego ładunku była... pusta. Na dodatek trudno zamówić coś bezpośrednio u kucharza. Jeśli już znajdzie czas, żeby podejść to całkiem uczynnie poda jakie ryby są w ofercie, ale nie zająknie się słowem, ile kosztują. Japońska ruletka. Nie zawsze też orientuje się co przyrządza - przy pytaniu o nigiri z jajkiem dowiedziałam się, że go nie ma. Za to było z tamago!

    Nie było jednak aż tak źle. Jeszcze. Uprzejme kelnerki (niezły wyczyn jak na Poznań) uważnie i z wyczuciem monitorowały potrzeby wszystkich klientów. Nic, poza głosami innych gości nie przeszkadzało w rozmowie. Bajecznie! Prosty, nienatarczywy i absolutnie nieoryginalny wystrój sali pozwolił mi skupić się na parze "sushi masterów" uwięzionych za ladą. Do nakarmienia mieli na oko siedemnaście osób. Trochę zraził mnie lekki nieporządek na wewnętrznym blacie, tym bardziej, że nie wszystkie przyrządy były używane i sprawiały wrażenie niechlujnie odłożonych byle gdzie. Całkowicie zadziwił mnie ryż w metalowej misce, ale o tym później.

    Niezłe jak na poznańskie suszarnie są kawałki ryby w nigiri. Gdyby nie ryż mogło być na prawdę nieźle. Ryby których kosztowałam: łosoś, tuńczyk, maślana, halibut broniły się świeżością. Wygląd nigiri zawsze był bez zarzutu, jednak kucharz wpadł na szczegółach.

    Z przykrością stwierdzam, że Sakana może poszczycić się najgorzej przygotowanym ryżem jaki do tej pory jadłam. Trzymanie go w metalowej misce sprawiło między innymi, że był po prostu twardy. Do tego bezlitosne maltretowanie w dłoniach, żeby wyszła równa kulka jeszcze bardziej pogorszyło jego konsystencję. Żeby chociaż był dobrze doprawiony! Nie wiem, czy nikt go nie próbował, ale odniosłam bardzo silne wrażenie, że ktoś upuścił do niego cukiernicę. W każdym kawałku nigiri kucharz poskąpił wasabi do tego stopnia, że nie można było go wyczuć wcale. Halibut z niewiadomego mi powodu został podany z plasterkiem limonki pomiędzy kawałkami, w rezultacie sushi smakowało bardziej cytrusem niż rybą. Może to kwestia dopasowania do tego cukrowego ryżu? Gdyby dodać jeszcze miętę i kapkę rumu mielibyśmy nigiri-mojito

    Poza nigiri próbowałam jeszcze futomaki z przeogromną ilością dodatków, znośne. Potem maki na ciepło jedno z pikantnym, drugie ze słodkim łososiem, a jakże. Maki w słodkim sosie było przerażające. Pikantny łosoś nie najgorszy, ale został podany w towarzystwie nieapetycznej majonezowej brei, która chyba przez dodatek tabasco awansowała na sos pikantny. Nie ogarniam rozumem, dlaczego zamiast całych kawałków upieczonej ryby, które widziałam po przyniesieniu z kuchni, w gotowych maki dostałam rozdrobnioną jak dla niemowlaka papkę.

    Podsumowaniem obiadu i chyba najlepiej charakteryzującym go elementem było nigiri z jajkiem. Po chwili niepewności podczas rozmowy z sushi masterem (vide wyżej), dostałam potworka który prawie ściął mnie z nóg. Twarde, niesamowicie cienkie, źle zespojone, przesmażone i… przesłodzone jajko niewinnie spoczywało sobie na dwóch kuleczkach ryżowych.
    Trochę było mi go żal.

    Moja wizyta trwała około godziny. O ile nie mam zastrzeżeń do kelnerek, do obsługi ze strony "sushi masterów" już jak najbardziej tak. Po pierwsze przydałoby im się jakieś dodatkowe szkolenie. Trochę więcej uwagi w stosunku do gości usytuowanych poza linią wzroku. A przede wszystkim - chłopaki próbujcie co dajecie ludziom!

    Sakana ma warunki na robienie dobrego sushi, ale traci na niedopracowaniu detali.


    Sakana
    ul. Wodna 7/1, 61-782 Poznań
    Wizyta: 26 maja 2012
    Koszt: ponad 200zł na dwie osoby. Typowo.
    Ocena: 25/50
    • wygląd: zewnętrzny 3/6 [schludnie, ale nie zapraszająco], czystość 4/6 [mały chaos za barem], wystrój 3/6 
    • obsługa: menu 3/6 [przydałyby się opisy co zawierają talerzyki, poza tym mój egzemplarz był pomięty], profesjonalizm 3/6 [5 za kelnerki, 2 za suszarza]
    • jedzenie: prezentacja 4/6, smak 3/12, *[2]

    poniedziałek, 4 czerwca 2012

    Kurczak po kociewsku w potrawce

    Niedawno natknęłam się na pewien blog, który zainspirował mnie do dania drugiej szansy programowi Adama Gesslera. Pierwsza została bezpowrotnie stracona, ponieważ przypadkiem trafiłam na trzeci odcinek Wściekłych garów, a dokładnie na moment, w którym naszego restauratora zaatakował durszlak pełen wiśni. Odstraszył mnie skutecznie, przełączyłam telepudło na powtórkę Kuchennych rewolucji.

    Niemniej okazało się, że nawet choleryk ma coś ciekawego do powiedzenia, więc jednak przebrnęłam "z pewną taką nieśmiałością" przez pierwszy sezon. Koniec końców, jeśli kochasz jedzenie, to ktokolwiek i jakkolwiek będzie o nim opowiadał to wystarczy. Byle z wiedzą i pasją.

    Później skusił mnie link do Euro według Gesslera, co okazało się dużo trudniejsze do przełknięcia. Na najbliższe miesiące nie zbliżę się do Almy! Zmitrężyłam jednak wszystkie odcinki i nie na darmo.

    Dowiedziałam się, że kultowa dla mnie potrawa, kojarząca mi się jednoznacznie z †Tatą, to pomorska specjalność regionalna. Ba, kociewska nawet! Nie wiecie, co to Kociewie? Spokojnie, ja też nie wiedziałam, ale okazuje się, że nawet nie wiedząc o regionie nic można w pamięci i z dużą dozą sentymentu pielęgnować jego tradycje kulinarne. :)
    Miło.

    Odkrywajmy smaki regionów, może się okazać, że czasami nowa będzie tylko... nazwa.

    niedziela, 3 czerwca 2012

    Hime śni o sushi

    Jiro śni o sushi w kinach.
    Obowiązkowy film dla wszystkich pasjonatów jedzenia.



    Objawienie.

    Dziwnie ogląda się film kręcony w miejscach, w których jeszcze niedawno byłam. Jiro prowadzi knajpkę w podziemiach Tokio, dokładniej na Ginza Eki, czyli dworcu Ginza. Pamiętam stamtąd koszmarne toalety, przyjemną fakturę wypukłych płytek dla niewidomych pod stopami, dmący wiatr. Tłok jak wszędzie na głównych arteriach (czyli w najbliższych okolicach bramek) ale w odnogach spokój, cisza i ceramiczna grota wokół.  Tu i tam sklep, stragan albo knajpka.

    W takich okolicznościach przyrody działa najmniejsza restauracja z trzema gwiazdkami w Guide Michelin. Niesamowite warunki pracy i ON. Jiro, fanatyk. Pracuje ponad siedemdziesiąt lat, większą ich część poświęcając sushi. Zero kompromisów. Doskonałość. Brak mi słów, przez cały seans miałam ślinotok, przerywany chwilami absolutnego zachwytu.



    Artysta czy rzemieślnik? Dla mnie, rzemieślnik doskonały. Zwraca uwagę na wszystko, każdy najdrobniejszy element składający się na sushi. Od narzędzi - garnków, misek, pędzli, przez produkty - dopieszczane nieraz godzinami, by osiągnąć perfekcyjną teksturę i smak, i temperaturę, aż po dostawców.  Na szczęście dba też o to, by jego kunszt nie zniknął bezpowrotnie po śmierci; obecnie większość obowiązków spoczywa na barkach jego starszego syna. 

    Uderzyło mnie, jak bezpretensjonalne jest to, co robi. Po prostu zakwaszony ryż, wasabi, sos sojowy, ryba czy cokolwiek innego na wierzchu, ewentualnie własnoręcznie tostowane nori. Koniec. Żadnych futomaki, serków philadelphia, zielonego kawioru na łososiowym nigiri i tym podobnych wynalazków. Ekstrawagancja w formie i smaku, ale tylko w oparciu o produkt, jego jakość a nie ilość. Fantastyczne jest, jak u Jiro podaje się sushi. Kulka ryżu, na to ryba doprawiona wasabi, na koniec cienki film sosu sojowego nałożonego pędzlem. Na talerz, a stamtąd do ust. I już. 
    Pięknie.

    Dobrze. Jeśli tylko fortuna mi dopisze, następna wizyta w Ginzie okaże się wyjątkowo smaczna. A jeśli nie, pozostaje dwugwiazdkowa restauracja młodszego syna Jiro, w Roppongi. I nadzieja, że będzie mniej kosztowna. Trzy many zbiera się trochę dłużej niż dwa. ;)

    [ 17.07.2012] Już na DVD! Widziałam wczoraj, za ok. 40zł. Warto!

    77 Sushi. Bez powrotu [29/50]

    Po długiej przerwie nadarzyła się okazja ponownych odwiedzin 77 Sushi. Słoneczne, czwartkowe popołudnie tuż po porze obiadowej wydało mi się idealne, żeby w spokoju i dobrym tempie rozkoszować się japońskimi specjałami w jednej z moich ulubionych restauracji.

    Faktycznie, kiedy otworzyłam drzwi, okazało się, że na sali jest tylko jeden gość. Przedefilowałam do ostatniego stolika pod jedynym oknem wychodzącym na podwórze, na miejsce, którego do tej pory nie miałam okazji zajmować. Przy okazji pozdrowiłam stojącego na straży kuchni kelnera, który ku mojemu zdziwieniu i niepomiernemu szczęściu wreszcie powitał mnie w lokalu. Przez chwilę bałam się, że zamiast kapelusza do ochrony przed słońcem założyłam czapkę-niewidkę! Z okna roztaczał się inspirujący widok na wewnętrzne podwórze, zaplecze piekarni i przelatujące tłuste gołębie. Z drugiej strony, za balustradą schodów prowadzących do piwnicznej sali stało dziecięce krzesełko z fantazyjnie upozowanymi naręczami szarych, papierowych toreb, zapewne do pakowania jedzenia na wynos. Po przeciwnej stronie schodów powoli umierały ikeowskie bambusy.


    Wystrój prawie nie zmienił się od mojej ostatniej wizyty. Nowym akcentem jest świeża szata graficzna menu i podkładek. Żal mi beżowo-czarnego motywu z karpiami pod talerzem, jednak karta ma przeogromną zaletę - widać wszystko. Każdej pozycji towarzyszy zdjęcie ilustrujące, co powinniśmy dostać, więc mamy świetny odnośnik, jeśli przypadkiem nie spodoba nam się zamówienie. Niestety, jedynie na podkładce umieszczona jest informacja o promocjach. Biorąc pod uwagę, że część planszy zasłania zastawa, jest to zdecydowanie chybiony ruch.


    "Dzięki" temu, że pałeczki i serwetka szczelnie zasłaniały promocję na nihonshu [sake, według polskiej nomenklatury], zamówiłam do picia "wino" śliwkowe. W menu są "wina" śliwkowe i morelowe (Choya Plum i Umeshu Classic). Kelner, zapytany, czym różni się w smaku jeden alkohol od drugiego, nie potrafił powiedzieć absolutnie nic rzeczowego. Tu ważna dygresja. W rzeczywistości to nie wino, ale coś zbliżonego do naszej nalewki. Ume ma różne tłumaczenia, dlatego czasem chowa się pod nazwą plum, czyli śliwka, a innym razem apricot - morela. Tak naprawdę, oba alkohole z karty to ten sam produkt, tylko od innego producenta. Kolejnym mankamentem są wpadki językowe: lustrzane odbicie kanji, zły zapis słów w katakanie (np. kalifornia).


    Niezależnie od nazwy, na przyniesienie napoju musiałam poczekać kilka ładnych minut. Przypominam, że lokal był praktycznie pusty, a na dworze ciepło. Zamówiłam tradycyjnie "All you can eat", zatem na pierwszy ogień dostałam misoshiru. Rozczarowała mnie rezygnacja z sałatki jako dodatkowej przystawki. Ponadto, kolejny raz w tym lokalu nie dostałam oshibori (ręczniczka do wytarcia dłoni), co przy jedzeniu dopuszczającym użycie dłoni jest naganne.

    Zupa była lekko przesolona, z ogromną ilością wakame (a może to takie połączenie z sałatką?), podana w sympatycznym, ceramicznym naczynku. Wyglądała świetnie, ale brzeg miseczki, zawinięty do środka, utrudniał wypicie zawartości. Z kolei łyżka była ozdobiona sklepową nalepką z kodem, na szczęście została w przepisowym czasie wymieniona.


    Najładniejsze, specjalnie do zdjęcia!

    Następnie przyszedł czas na bufet. Z promocji skorzystałam tylko ja z towarzyszem, więc cały półmisek sushi był przeznaczony do użytku tylko dwóch osób. Z jednej strony były góry gari (co najmniej o połowę za dużo), malutka kostka wasabi z proszku (odpowiednia na dwie osoby), sześć nigiri parami: łosoś, ryba maślana oraz krewetka, a jako główny punkt programu kilka rodzajów niechlujnie zwiniętych maki. Nigiri poprawne - łosoś w Polsce zawsze się broni, ryba maślana przez proporcje smaku do ilości tłuszczu również. Najsłabsza była krewetka, za twarda i bez wyrazu. Uramaki i futomaki zdominowały paluszki niby-krabowe [surimi, które składa się głównie z farbowanych ryb]. Hosomaki z tuńczykiem i futomaki z łososiem były niezłe, cała reszta fatalnie wyważona smakowo i niemal nie do rozróżnienia między sobą. Całkowicie nie rozumiem, dlaczego nie było nigiri z omletem (klasyka, tania i prawie zawsze smaczna). Jak zwykle na koniec były wyśmienite lody. Od obsługi wyciągnęłam, jakiej są firmy: stara, dobra, polska marka.

    Wizytę oceniam jako średnio udaną. Niedoświadczony kelner nie zdążył nauczyć się karty, zamiast podawać, wyciągał się nad stołem. Sushi podane za ciepłe, zyskało odrobinę na smaku, dopiero kiedy "ochłonęło" kilka minut na półmisku.
    Poza tym odniosłam wrażenie, że przeszkadzamy obsłudze przygotowującej właśnie coś w piwnicznej części restauracji, menadżerce prowadzącej wstępną rozmowę kwalifikacyjną obok mojego stolika, kelnerowi odbierającemu telefon.

    Zawiodłam się na tyle, że już nikomu nie polecę wizyty w 77 Sushi - po prostu nie wiem, czego mógłby się spodziewać. Sama też dwa razy się zastanowię, czy jeszcze tam wrócę.
    Szkoda.


    ul. Woźna 10, 61-777 Poznań
    Wizyta: 26 kwietnia 2012
    Koszt: ok. 120zł na dwie osoby. Nieźle, zważywszy na to, że zjedliśmy ponad pięćdziesiąt kawałków sushi. Do tego woda i umeshu.
    Ocena: 29/50
    • wygląd: zewnętrzny 4/6 [niemal całkowicie przeszklony front], czystość 4/6 [brak kurzu na parapecie, ale te papierowe torebki na krześle...], wystrój 3/6 
    • obsługa: menu 3/6 [jednak chaos z prezentacją promocji i błędy], profesjonalizm 3/6 [kelner chyba się starał, mimo wszystko]
    • jedzenie: prezentacja 3/6, smak 7/12, *[2]

    I niech mi ktoś wyjaśni co oznacza "5zł dopłaty za każdy pozostawiony kawałek sushi"?!

    sobota, 2 czerwca 2012

    Jak oceniam restauracje

    Niezależnie od tego, czy piszę o tym czy nie, zawsze kiedy idę na miasto coś zjeść oceniam restauracje, bary i kawiarnie według prostej i skutecznej skali.
    Jak w szkole punkty są od jednego do sześciu, ale z dodatkiem zera - dla oszustów, trucicieli itp.

    0 - fatalnie, dzwonię po Sanepid
    1 - źle
    2 - słabo
    3 - zwyczajnie
    4 - nieźle
    5 - bardzo dobrze, ale...
    6 - cudownie!
    Punktuję co następuje:
    1. wygląd: zewnętrzny, czystość, wystrój
    2. obsługę: budowę menu, profesjonalizm,
    3. jedzenie: prezentację, smak*, **adekwatność nazwy  *maksymalnie dwanaście punktów [żeby nie było połówek]   **domyślnie dwa punkty; jeden dla udziwnień, zero dla niezgodności opisu z definicją potrawy, np. szynka z indyka
    Łatwo policzyć, że maksymalnie mogę przyznać pięćdziesiąt punktów. Dużo?

    piątek, 1 czerwca 2012

    Krytyka kulinarna a wolność słowa


    Kultura krytyki kulinarnej w Polsce, podobnie jak kultura jedzenia jest jak rodzina Sybiraków. Przodkowie Polacy, przez większość egzystencji jednak poza ojczyzną, więc kultywowali polskie tradycje, ale... wrócili niedawno i jeszcze nie do końca wiedzą, czy pasuje, czy wolno, czy wypada, czy są "swoi".

    Z jedzeniem z kolei jest tak, że wspaniałe korzenie i wiejskie, i dworskie stłamsiła bardzo skutecznie PRL. Teraz, jeszcze nie do końca pewnie, krytycy, rzemieślnicy i kucharze odkurzają starodruki, rękopisy, pamiętniki i babcine notatki, a do tego eksperymentują z lokalnymi surowcami żeby odtworzyć prawdziwą starą cuisine polonaise, odświeżyć ją i nadać nowy kierunek.

    Co jakiś czas popełniam tu i tam małą recenzję kulinarną. Ostrzę pióro i tępię zęby na nauce celebrowania jedzenia, co nierzadko spotyka się z negatywnym komentarzem. Dlaczego?

    Z moich doświadczeń wynika, że przeciwnie do zasady show-biznesu lepiej wcale nie komentować restauracji, niż zrobić to na niekorzyść. Popularny serwis internetowy nie przepuszcza przez moderację części niewygodnych opinii. Obsługa zła? W porządku. Tekst na poziomie intelektualnym ameby? Prosze bardzo. Narzekasz na smak, zapach, wygląd dania? Oj, no to nieładnie, komuś może być przykro, po co zaniżać niepotrzebnie  średnią lokalu? Albo weźmy takie komentarze pod artykuami gazetowych kulinarnych ekspertów. Jesli merytoryczne, to popieram i pochwalam, nawet sama czasem zwracam uwagę. Ale co z "nie, bo nie, Pan nie ma racji, bo ja lubię pasta alla carbonara ze śmietaną, bo babcia tak robiła!"? Inna sprawa, często-gęsto poziom merytoryczny i literacki takich tekstów demaskuje i kompromituje recenzentów jako niewyedukowanych kulinarnie grafomanów. Do tego dochodzą też artykuły podejrzanie podobne do sponsorowanych; podniebienia, które wolą keczup od czerniny i mamy polski grajdołek gazetowy, w którym miłośnik jedzenia oprócz nazwy restauracji nic dla siebie nie znajdzie.

    Dla mnie krytyk kulinarny to postać jak François Simon - jakby wydestylowany i zakonserwowany sporą ilością Cheval Blanc smakosz ostateczny. Obsesyjnie strzeże przed ujawnieniem swojej twarzy, a anonimowość wykorzystuje, by jak najobiektywniej ocenić starania całego zespołu restauracyjnego. Potrafi zrugać bez litości, ale tego, kto zapewni mu ponadprzeciętne doznania wyniesie bez wachania na piedestał. Jest skromy, ale pewny swoich umiejetności. Oprócz smakowania, zna się tez na każdym stopniu prowadzacym do tego, by danie znalazlo sie przed gościem na talerzu. Służy czytelnikom i restauratorom, wystawia się na razy [spokojnie, tylko słowne], by ocalić przed profanacją to, co najwazniejsze w jedzeniu - SMAK.

    Niestety, dopóki nie wypracujemy w sobie, jako społeczeństwie konsumenckim, nawyku krtytkowania złej obsługi, taka postać ma małe szanse zaistnienia i utrzymania się w naszym kraju. Są oczywiście wspaniali krytycy i smakosze wśród nas, ale ci najbardziej znani popularność w szerokim gronie zdobywają raczej jako "osobowości telewizyjne".

    Tymczasem postarajmy się dbać o jakość, pielęgnować tradycje i zwracać uwage na szczegóły. A potem dzielmy się opinią, choćby z najbliższymi. Przyzwyczajmy się, że wypada mówić nie wyłącznie dobrze, ale wyłącznie prawdziwie.

    Mikser Kulinarny

    Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów

    Durszlak

    Durszlak.pl