Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 lutego 2013

Najciekawsze filmy o jedzeniu i z jedzeniem w tle

Ostatnio natrafiłam na uroczy serial, Samotny smakosz. Przesłodki! 


Każde danie widać dokładnie z każedej strony.

Niesamowicie okrutne.

Główna postać, samotny smakosz Goro Inogashira.

Każdy odcinek opisuje jedną z wypraw bohatera, podczas których zawsze nagle i niespodziewanie głodnieje... Po czym znajduje najszybciej jak się da restaurację czy jadłodajnię. I to tyle. Ogromną zaletą jest to, że każde z filmowanych miejsc na prawdę istnieje i podaje to, co widzimy na ekranie. Znowu zazdroszczę Japończykom!
Często włączam sobie zamiast radia czy telewizji jakiś film czy program, nie tylko o jedzeniu i słucham przy sprzątaniu czy gotowaniu. Albo, tak jak teraz przy pisaniu. Tak, żeby o niczym nie zapomnieć - najlepsze jakie znam filmy o jedzeniu. Kolejność "z głowy".





Nankyoku ryōrinin, czyli kucharz z Bieguna Południowego. Film nieodmiennie i najbardziej podnoszący mnie na duchu. No i z niego nauczyłam się, jak najlepiej wyrabiać ciasto na makaron.



  • 飲食男女饮食男女 [Yǐn Shí Nán Nǚ]Eat Drink Man Woman, Ang Lee, 1994


Najwspanialszy początek filmu jaki kiedykolwiek widziałam. No, może mniej monumentalny od Prometeusza, ale jednak. Najlepszy. Aż się chce tam być! Historia emerytowanego szefa kuchni i jego trzech córek, oraz ich perypetii sercowych. Wokół stołu. Jest też amerykańska przeróbka Tortilla Soup, ale przez pretensjonalne aktorki i kiepskie dialogi nie byłam w stanie obejrzeć go w całości. Przeskakiwałam jedynie  do scen z jedzeniem. W zeszłym roku wyszedł film zatytułowany Eat Drink Man Woman 2, ale to bardzo słaba próba naśladowania lekkiej narracji Anga Lee. Postaci płaskie jak z papieru, brr. Może po prostu jestem negatywnie nastawiona do bogatej młodzieży i wegetariańskich restauracji...



  • Babettes gæstebud [Uczta Babette], Gabriel Axel, 1987


Arcydzieło o tym, jak jedzenie może otwierać nawet najbardziej ściśnięte, chrześcijańskim umartwianiem się, usta. ...Rotfl!



  • Food Inc., Robert Kenner, 2008


Dokument o tym, kto i jak robi jedzenie w Ameryce. Na czasie zawsze, teraz też ze względu na niedawną ustawę o GMO i Monsanto w Polsce.



  • Fat Head i Supersize Me, odpowiednio Tom Naughton, 2009 i Morgan Spurlock, 2004

Dokument o szkodliwości fast foodów (szczególnie tego z klaunem) oraz odpowiedź piętnująca wszystkie jego niespójności. Zabawne i pouczające. Przede wszystkim - nigdy nie wierz bezkrytycznie gadającym na ekranie głowom.




Kultowy obraz o kierowcy cysterny, który pomaga samotnej matce ożywić restauracyjkę z ramenem. Przeplatana historiami o jedzeniu, w tym fantastyczną opowieścią o umierającej matce i najbardziej kreatywnym użyciem żywych krewetek. Jest też najpiękniejsza scena jedzenia ostrygi, jaką w życiu widziałam.



  • Julie&Julia, Nora Ephron, 2009


Znany. Lubiany. Niezły. Nauczył mnie osuszać mięso i smażyć pieczarki. I nie przejmować się masą rzeczy. Poprawia humor, bezbłędnie.





Znany. Lubiany. Dobry.



  • Big NightCampbell Scott, 1996


Włoska restauracja prowadzona przez dwoje braci przeżywa pewne kłopoty... Nic, czemu nie zaradzi wystawny bankiet z gwiazdą w roli gościa honorowego. 



  • *The Cook the Thief His Wife Her LoverPeter Greenaway, 1989


Nie lubię tego filmu. Jest zdecydowanie za dziwny. Nawet mimo plejady gwiazd na widoku i tłumu znakomitości w napisach, trudno było mi go obejrzeć. Ciekawe podejście do jedzenia, ale to tylko pretekst do ukazania mrocznej natury przestępczego półświatka. No i Gruber z Allo Allo jako kochanek...



  • Vatel, Roland Joffe, 2000



Historia zarządcy wydającego trzydniową ucztę dla Króla Słońce i wszystkich jego dworzan. Bez happy endu, za to z królewskim przepychem. Nie wiem czemu tak często jest pomijany na listach filmów o jedzeniu; w końcu opowieść jest równie dramatyczna, jak historia Bernarda Loiseau.


  • Charlie and the Chocolate Factory [Charlie i fabryka czekolady], Tim Burton, 2005


Nie widziałam wcześniejszej wersji i ta mi odpowiada. Zawsze chciałam być wielką jagodą! I mieć czekoladowy wodospad! I armię wiewiórek! Ahh... :D



  • Cloudy with a Chance of Meatballs [Klopsiki i inne zjawiska pogodowe], Phil Lord, Christopher Miller, 2009


Maszyna produkująca jedzenie z chmur. Czy potrzeba do tego jakiegokolwiek wytłumaczenia? Plus gigantyczne akwarium na sardynkę. Ups!I mega galaretka. Fantastyczna.



  • Ratatouille, Brad Bird, 2007


Znany. Lubiany. Dobry, ale bez przesady. Jedna linijka warta zapamiętania:If I don't love it, don't swallow.



  • *Dinner Rush [Danie dnia], Bob Giraldi, 2000


Nie rozumiem czemu pisze się, że to dobry film. Nudny. Nudny. Mało jedzenia. Nudny. Ale piszę o nim, bo chyba tylko ja nie lubię historii w stylu Ojca chrzestnego



  • Ramen girl [Miłość o smaku Orientu], Robert Allan Ackerman, 2008 


Zobaczyłam go przypadkiem będąc w odwiedzinach u przyjaciół. Zadziwiająco dobry, jak na japońsko-amerykańską kolaborację. No i ma dobre zakończenie, a takie lubię najbardziej. Najgłupszy polski tytuł.



Lista do uzupełnienia w przyszłości.

środa, 26 września 2012

Warszawka śniadaniowa i śniadanie zwykłej Polki



Zabawnie czytać w gazecie o miejscach, które widuję codziennie. Jeszce weselej, być gdzieś, a potem zdać sobie sprawę, że nazwa brzmi znajomo a topografia jest przejrzysta, bo pamiętam je z dziecięcej lektury. Najśmieszniej jednak przeczytać o czymś co robią wszyscy wokół... Przynajmniej według dziennikarzy.

Artykuł [niejawnie sponsorowany] o warszawskich "śniadaniowniach" wywołał burzę na forum gazeta.pl. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony tekst jest straszny, bo po jego przeczytaniu pozostaje ogromny niesmak. Generalizacja również przeogromna i zatrważająca. 

Ale czy sama idea modnych "śniadaniowni" jest zła? Ostatecznie, to czy się utrzymają zależy od konsumenta - nie pójdziesz, nie zapłacisz, nie zarobią. Skądinąd wiem, że osiem złotych za kanapkę to nie tak dużo biorąc pod uwagę, że chodzący po firmach Panowie i Panie Kanapki mają dość podobny przedział cenowy. Kiedy przyjechałam do warszawy byłam zachwycona, że ciągle coś się dzieje, nocą w centrum jest całkiem sporo ludzi [Poznań wyludnia się przed jedenastą wieczorem], a ilość dobrych knajp jest więcej niż zadowalająca. 

Niech sobie "śniadaniownie" działają spokojnie. Bojkotujmy za to nierozgarniętych dziennikarzy i nachalne wciskanie tego, co akurat ktoś uzna za modne. Może przez nich stracimy coś dobrego?

A na marginesie - co zwyczajny Polak jada na śniadanie?

Powyżej jedno z moich - chleb pieczony przez mojego teścia, na górze jajko na miękko, masło, babciny pasztet, a do tego lekko"przeciągnięte" espresso. 


Kaszka manna z syropem malinowym, niestety kupnym.


Sadzone jajko i parówka. A w tle kubek mocnej herbaty.


Kawa z mlekiem, jajecznica z papryką i szypiorem, kanapki z teściowego chcleba, z twardym serem maźnięte koncentratem, z braku ketchupu. 


Jajecznica za szczypiorkiem, kanapki na bułce wrocławskiej/kawiorce/batonie szwedzkim, herbata, śledziki i tosty z nutellą i bananem.

Hmm, idę zrobić sobie śniadanie! :D Efekt do zobaczenia na nowopowstałej stronie bloga na twarzoksiążce!



sobota, 15 września 2012

Jak nie zaczynać pracy w gastronomii, część pierwsza

Przede wszystkim i na początku - czym ten post nie jest i nie ma być. 

Nie jest zemstą, ani wyżyciem się za to, jak mnie traktowano [No, może troszeczkę, tak w ramach doraźnej psychoterapii]. Nie jest czarnym PR, choć komplementów w nim nie będzie wiele. W założeniu, to podsumowanie moich doświadczeń. Kilku kroków, które były fałszywe i tych postawionych pewnie. Zacznijmy zatem tam, gdzie naturalnym torem pojawia się opowieść.

Szukałam pracy jakiś czas. Przy wyborze ofert wyszłam z założenia, że najlepiej jeśli pierwszeństwo będą miały te, które mają coś wspólnego z tym, co lubię. Odpowiedzi nie było wiele, więc w pewnym momencie byłam zdecydowana wziąć cokolwiek. Tak właśnie wylądowałam na zmywaku.

Zasadniczo nie mam nic przeciwko pracy fizycznej i nie angażującej zbytnio umysłu. Miło wspominam kilka miesięcy spędzonych w szklarni, zresztą nawet komputer z którego piszę został kupiony za pieniądze zarobione na polu kapusty. Pomyślałam sobie - pieniądz nie śmierdzi, zmywak nie może być straszny, grunt to zacząć pracę, a potem można awansować. Kto wie, może i na managera?

Naiwne? Trochę, zapewne.

Jestem idealistką i czasami to trudniejsze, niż może się wydawać.

Zaczęłam pracę w "hipsterskiej" knajpce na Powiślu, na tyłach Uniwersytetu. Piękna okolica. Załoga to sami młodzi ludzie; najstarsi byli właściciele - po trzydziestce. W karcie wina, przekąski słodkie i wytrawne, desery. Czysty, jasny minimalistyczny wystrój i wielkie parcie na sukces. Jeszcze przed otwarciem wywiady, sesje, wizyta "tej sławnej" blogerki, o której słyszałam pierwszy raz w życiu [wiem, wiem, nie ma się czym chwalić]. Później "wydarzenia" na Facebook'u, artykuły w prasie i internecie... Knajpa na poziomie.

Pierwszego dnia, po kluczeniu wśród podobnych adresów, dotarłam jakoś na rozmowę kwalifikacyjną. Wrażenia - fantastyczne. Niemal wszyscy mili, uśmiechnięci, odprężeni. Dwie godziny próbne, żeby odnaleźć się na trzech metrach kwadratowych korytarzo-zmywaka i już byłam umówiona do pracy na następny dzień. Od dziewiątej do dwudziestej pierwszej. W praktyce, od dziewiątej do dwudziestej trzeciej, obijając się co chwila o drugą pomoc kuchenną i patrząc w sufit na lub dla odmiany walcząc z natłokiem naczyń po łokcie. Na szczęście managerka wpadła na to, że dwie osoby jednocześnie to chyba za dużo jak na ten metraż, więc kolejnego dnia zaczęły się zmiany "według zapotrzebowania". Innymi słowy miałam przychodzić wtedy, kiedy pracy byłoby za dużo dla jednej osoby (nigdy, tak na prawdę), albo kiedy zmienniczka nie mogła. Biorąc pod uwagę, że pensja miała być wyliczona z przepracowanych godzin, nie wyglądało to różowo.

Co do pensji - mimo codziennych pytań, nie zobaczyłam umowy. Najpierw słyszałam "jutro", następnie "proszę podać dane, to przyniosę", a ostatecznie "piszemy umowę na koniec miesiąca na podstawie wypracowanych godzin". Dla niezorientowanych - pracuj na czarno, łosiu, może cię zbytnio nie orżniemy.  

Sama praca nie była szczerze mówiąc ciężka ani wymagająca. Wyciąganie naczyń ze zmywarki, układanie ich, pomoc przy obieraniu, nalewaniu, wyciskaniu, pieczeniu, ubijaniu i tak dalej też nie należy do rzeczy przerażających. Najgorsi byli ludzie i warunki pracy. Moja przygoda zaczęła się i skończyła w lipcu, a że tegoroczne temperatury należały raczej do wyższych niż niższych, a w pomieszczeniu nie było wentylacji to wyobraź sobie, drogi czytelniku, jak miło stało się po dwanaście godzin. Dodatkowo ciągle pracująca wyparzarka oprócz temperatury dodawała również wilgotności, za plecami oprócz regału na naczynia miałam śmietnik i przejście z sali do kuchni i składziku, potem nawet regał zniknął na rzecz kilku kartonów [sic!]. 

Najgorsi byli ludzie. 

Część faktycznie sympatyczna - dwoje czy troje kelnerów, sue-chef... Reszta traktowała mnie w najlepszym razie jak powietrze. Nie chodzi i o to, że chcę być chwalona i wielbiona.  Jednak szarpie mi nerwy, kiedy po przepracowanej w ścisku i tłoku czternastogodzinnej zmianie, trzy godziny po planowym fajrancie zmywam na prawdę brudną podłogę, a cała reszta załogi siedzi przy stoliku, rozdziela napiwki i popija wino. Dopóki nie wspomniałam, na jakim kierunku studiów byłam nie miałam prawa wtrącić niczego do rozmowy podczas pracy. Poza tym, okazało się, że nie mogę też zorganizować sobie miejsca pracy tak, żeby było czyste i ergonomiczne, bo przeszkadza to mojej dublerce. Nota bene, poskarżyła się na mnie szefowej kuchni, w wyniku czego dostałam burę za to, że zwróciłam jej uwagę na nieefektywną pracę. 

To co było w kuchni... 

Nie ma czego zgłaszać do sanepidu, jak się okazuje wszędzie warzywa i owoce stoją na ziemi i w przejściach, podobnie jak naczynia i inny sprzęt. Wykorzystuje się lekko nadpsute produkty, croissanty są odgrzewane, a ręcznie robione lody składają się z mleka i magicznego proszku, ze szczyptą barwnika z puszki. Polane równie sztuczną gotową kuwerturą. Wino przechowywane w temperaturze, która mnie zdziwiła niepomiernie [a wcale nie jestem znawcą], na szczęście udało mi się wyperswadować managerce przeniesienie go do jeszcze cieplejszego magazynku. 

Po wyjątkowo ciężkim dniu zasłabłam, po czym napisałam maila, że nie jestem w stanie znowu przyjść na pół dnia. I już nigdy nie przyjdę. 

Hmm, to dopiero połowa...



Następna część jednak w osobnym poście.

wtorek, 17 lipca 2012

Od kuchni. Masterchef, Polska gastronomia.

Lato obfituje w kuchenne rewolucje.

Wyjątkowo, nie mam na myśli tej akurat produkcji TVN, chociaż Magda Gessler odgrywa i tak niemałą rolę. Jakżeby inaczej, w końcu to nietuzinkowa postać o posągowej figurze i gabarytach.



Po pierwsze - Masterchef. Nareszcie u nas. Miałam ogromną przyjemność kibicować Komuś, kto odważył się i dotarł całkiem daleko, przebrnąwszy przez castingi wstępne, własciwe i kilka eliminacji. Nie mogę się doczekać wrześniowych odcinków, głównie przez to, że nierozważnie podpisałam umowę o poufności. Heh. We live and learn.

Nie znaczy to, że nic nie napiszę... :>

Oprócz najbardziej medialnych jurorów głównych, których nie dane było mi zobaczyć, przy programie pracują też inne znane nazwiska: Gosia Molska [przeurocza!], Rafał Targosz i MirekDrewniak [który pełni funkcję konsultanta do spraw kulinarnych]. Jurorowali w precastingach, podczas których wybrano setkę uczestników z całej Polski na właściwy, filmowany od a do z casting w Krakowie. Ponoć pytania jakie zadawali były okrutne. Jak przyrządziłbyś bażanta? Od czego zaczniesz gotowanie risotto? Niemniej, jakoś dało się wybrnąć. Niemiłym zaskoczeniem na wszystkich castingach były "obsuwy" czasowe. Z planowanych "piętnastu minut" robiło się pół godziny, potem kolejne tyle czekania w kolejce do stołu jurorskiego... Na szczęście ekipa starała się jak najbardziej ułatwić uczestnikom pracę, choć lekki niesmak pozostał.
Atmosfera na planie jest świetna, ale te irytujące pauzy w rozmowach jurorów z uczestnikami to jeden z celowych zabiegów stosowanych w tym formacie. A jednak. Miałam nadzieję, że uda się tego uniknąć, ale niestety, pozostaje wierzyć, że ktoś zmontuje to na tyle zręcznie, żeby zmaksymalizować ilość wypowiedzi jurorów. Co najważniejsze poziom uczestników, choć nie tak wysoki jak we francuskiej edycji, nie jest też żenujący. Zobaczyłam i usłyszałam o wielu ciekawych pomysłach i "codziennych" rozwiązaniach, które sprawiają, że myślenie o Polakach w kuchni nabiera dla mnie coraz bardziej pozytywnego zabarwienia. Oby tak dalej i bardziej, i więcej!

Po drugie - "Polska od kuchni" nowy cykl portalu Gazeta.pl.Wspaniały. Przerażający. Prawdziwy, jak miałam okazję się przekonać. Link pod nazwą, nie napiszę nic więcej, to trzeba przeczytać samemu.

Po trzecie -  moje małe doświadczenie w pracy w kuchni i okolicach. Nie wytrzymałam długo, nie ma się czym chwalić, ale nauczyłam się tyle, że spokojnie wystarczy na osobny wpis.
Niedługo.

środa, 27 czerwca 2012

O seksowności spożywania pupila.

Zjadłbyś psa?

Ja tak. Kota też. Jadłam surową koninę. Zjadłabym świnkę morską. Króliki i zające są w naszej diecie od dawna.

Przedwczoraj natrafiłam na jednym z plotkarskich portali na pełen oburzenia artykuł, okraszony zdjęciem Macieja Nowaka w wampirycznej stylizacji. Tytuł: Maciej Nowak szokuje - ZJADŁEM PSA! Był smaczny.

Początkowo roześmiałam się serdecznie, ot pierwszy odruch. Potem naszła mnie refleksja, jak długo jeszcze będziemy na tyle nietolerancyjni, żeby piętnować ludzi, którzy na wczasach odważyli się zrobić coś co nas zadziwia? Jakiś krytyk kulinarny zjadł psa. Makler połknął żywą ośmiornicę. Żona dyrektora zamordowała homary włożywszy je do wrzątku. Szokujące?

Zapominamy, że choćby świnie są bardzo inteligentnymi zwierzętami. Niektóre są trzymane w domach w charakterze pupili. Czują i rozumieją co najmniej tak samo jak psy. Ilu z nas pochyla się nad karkówką, ubolewając nad swoim okrucieństwem?

Nikt, oczywiście. Cóż dziwnego w tym, że jemy kulturowo dopuszczalne mięso? Nic a nic. Cóż dziwnego w tym, że jemy kulturowo akceptowane mięso po drugiej stronie globu? Nic. Deal with it! 

Świat to globalna wioska, na całe szczęście nie znaczy to, że wszędzie jemy to samo. Celebrujmy odmienność!


poniedziałek, 4 czerwca 2012

Kurczak po kociewsku w potrawce

Niedawno natknęłam się na pewien blog, który zainspirował mnie do dania drugiej szansy programowi Adama Gesslera. Pierwsza została bezpowrotnie stracona, ponieważ przypadkiem trafiłam na trzeci odcinek Wściekłych garów, a dokładnie na moment, w którym naszego restauratora zaatakował durszlak pełen wiśni. Odstraszył mnie skutecznie, przełączyłam telepudło na powtórkę Kuchennych rewolucji.

Niemniej okazało się, że nawet choleryk ma coś ciekawego do powiedzenia, więc jednak przebrnęłam "z pewną taką nieśmiałością" przez pierwszy sezon. Koniec końców, jeśli kochasz jedzenie, to ktokolwiek i jakkolwiek będzie o nim opowiadał to wystarczy. Byle z wiedzą i pasją.

Później skusił mnie link do Euro według Gesslera, co okazało się dużo trudniejsze do przełknięcia. Na najbliższe miesiące nie zbliżę się do Almy! Zmitrężyłam jednak wszystkie odcinki i nie na darmo.

Dowiedziałam się, że kultowa dla mnie potrawa, kojarząca mi się jednoznacznie z †Tatą, to pomorska specjalność regionalna. Ba, kociewska nawet! Nie wiecie, co to Kociewie? Spokojnie, ja też nie wiedziałam, ale okazuje się, że nawet nie wiedząc o regionie nic można w pamięci i z dużą dozą sentymentu pielęgnować jego tradycje kulinarne. :)
Miło.

Odkrywajmy smaki regionów, może się okazać, że czasami nowa będzie tylko... nazwa.

niedziela, 3 czerwca 2012

Hime śni o sushi

Jiro śni o sushi w kinach.
Obowiązkowy film dla wszystkich pasjonatów jedzenia.



Objawienie.

Dziwnie ogląda się film kręcony w miejscach, w których jeszcze niedawno byłam. Jiro prowadzi knajpkę w podziemiach Tokio, dokładniej na Ginza Eki, czyli dworcu Ginza. Pamiętam stamtąd koszmarne toalety, przyjemną fakturę wypukłych płytek dla niewidomych pod stopami, dmący wiatr. Tłok jak wszędzie na głównych arteriach (czyli w najbliższych okolicach bramek) ale w odnogach spokój, cisza i ceramiczna grota wokół.  Tu i tam sklep, stragan albo knajpka.

W takich okolicznościach przyrody działa najmniejsza restauracja z trzema gwiazdkami w Guide Michelin. Niesamowite warunki pracy i ON. Jiro, fanatyk. Pracuje ponad siedemdziesiąt lat, większą ich część poświęcając sushi. Zero kompromisów. Doskonałość. Brak mi słów, przez cały seans miałam ślinotok, przerywany chwilami absolutnego zachwytu.



Artysta czy rzemieślnik? Dla mnie, rzemieślnik doskonały. Zwraca uwagę na wszystko, każdy najdrobniejszy element składający się na sushi. Od narzędzi - garnków, misek, pędzli, przez produkty - dopieszczane nieraz godzinami, by osiągnąć perfekcyjną teksturę i smak, i temperaturę, aż po dostawców.  Na szczęście dba też o to, by jego kunszt nie zniknął bezpowrotnie po śmierci; obecnie większość obowiązków spoczywa na barkach jego starszego syna. 

Uderzyło mnie, jak bezpretensjonalne jest to, co robi. Po prostu zakwaszony ryż, wasabi, sos sojowy, ryba czy cokolwiek innego na wierzchu, ewentualnie własnoręcznie tostowane nori. Koniec. Żadnych futomaki, serków philadelphia, zielonego kawioru na łososiowym nigiri i tym podobnych wynalazków. Ekstrawagancja w formie i smaku, ale tylko w oparciu o produkt, jego jakość a nie ilość. Fantastyczne jest, jak u Jiro podaje się sushi. Kulka ryżu, na to ryba doprawiona wasabi, na koniec cienki film sosu sojowego nałożonego pędzlem. Na talerz, a stamtąd do ust. I już. 
Pięknie.

Dobrze. Jeśli tylko fortuna mi dopisze, następna wizyta w Ginzie okaże się wyjątkowo smaczna. A jeśli nie, pozostaje dwugwiazdkowa restauracja młodszego syna Jiro, w Roppongi. I nadzieja, że będzie mniej kosztowna. Trzy many zbiera się trochę dłużej niż dwa. ;)

[ 17.07.2012] Już na DVD! Widziałam wczoraj, za ok. 40zł. Warto!

piątek, 1 czerwca 2012

Krytyka kulinarna a wolność słowa


Kultura krytyki kulinarnej w Polsce, podobnie jak kultura jedzenia jest jak rodzina Sybiraków. Przodkowie Polacy, przez większość egzystencji jednak poza ojczyzną, więc kultywowali polskie tradycje, ale... wrócili niedawno i jeszcze nie do końca wiedzą, czy pasuje, czy wolno, czy wypada, czy są "swoi".

Z jedzeniem z kolei jest tak, że wspaniałe korzenie i wiejskie, i dworskie stłamsiła bardzo skutecznie PRL. Teraz, jeszcze nie do końca pewnie, krytycy, rzemieślnicy i kucharze odkurzają starodruki, rękopisy, pamiętniki i babcine notatki, a do tego eksperymentują z lokalnymi surowcami żeby odtworzyć prawdziwą starą cuisine polonaise, odświeżyć ją i nadać nowy kierunek.

Co jakiś czas popełniam tu i tam małą recenzję kulinarną. Ostrzę pióro i tępię zęby na nauce celebrowania jedzenia, co nierzadko spotyka się z negatywnym komentarzem. Dlaczego?

Z moich doświadczeń wynika, że przeciwnie do zasady show-biznesu lepiej wcale nie komentować restauracji, niż zrobić to na niekorzyść. Popularny serwis internetowy nie przepuszcza przez moderację części niewygodnych opinii. Obsługa zła? W porządku. Tekst na poziomie intelektualnym ameby? Prosze bardzo. Narzekasz na smak, zapach, wygląd dania? Oj, no to nieładnie, komuś może być przykro, po co zaniżać niepotrzebnie  średnią lokalu? Albo weźmy takie komentarze pod artykuami gazetowych kulinarnych ekspertów. Jesli merytoryczne, to popieram i pochwalam, nawet sama czasem zwracam uwagę. Ale co z "nie, bo nie, Pan nie ma racji, bo ja lubię pasta alla carbonara ze śmietaną, bo babcia tak robiła!"? Inna sprawa, często-gęsto poziom merytoryczny i literacki takich tekstów demaskuje i kompromituje recenzentów jako niewyedukowanych kulinarnie grafomanów. Do tego dochodzą też artykuły podejrzanie podobne do sponsorowanych; podniebienia, które wolą keczup od czerniny i mamy polski grajdołek gazetowy, w którym miłośnik jedzenia oprócz nazwy restauracji nic dla siebie nie znajdzie.

Dla mnie krytyk kulinarny to postać jak François Simon - jakby wydestylowany i zakonserwowany sporą ilością Cheval Blanc smakosz ostateczny. Obsesyjnie strzeże przed ujawnieniem swojej twarzy, a anonimowość wykorzystuje, by jak najobiektywniej ocenić starania całego zespołu restauracyjnego. Potrafi zrugać bez litości, ale tego, kto zapewni mu ponadprzeciętne doznania wyniesie bez wachania na piedestał. Jest skromy, ale pewny swoich umiejetności. Oprócz smakowania, zna się tez na każdym stopniu prowadzacym do tego, by danie znalazlo sie przed gościem na talerzu. Służy czytelnikom i restauratorom, wystawia się na razy [spokojnie, tylko słowne], by ocalić przed profanacją to, co najwazniejsze w jedzeniu - SMAK.

Niestety, dopóki nie wypracujemy w sobie, jako społeczeństwie konsumenckim, nawyku krtytkowania złej obsługi, taka postać ma małe szanse zaistnienia i utrzymania się w naszym kraju. Są oczywiście wspaniali krytycy i smakosze wśród nas, ale ci najbardziej znani popularność w szerokim gronie zdobywają raczej jako "osobowości telewizyjne".

Tymczasem postarajmy się dbać o jakość, pielęgnować tradycje i zwracać uwage na szczegóły. A potem dzielmy się opinią, choćby z najbliższymi. Przyzwyczajmy się, że wypada mówić nie wyłącznie dobrze, ale wyłącznie prawdziwie.

Mikser Kulinarny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów

Durszlak

Durszlak.pl